Ignac Zylbersztain

Z portalu U Puszczyka

u puszczyka

 

Życie mimo wszystko

Z oddali słychać dzwonek telefonu raz, drugi, trzeci. Z ociąganiem podchodzę i podnoszę słuchawkę. Słyszę nieśmiałe zapytanie: Pan Zbyszek;. Na moje potwierdzenie odpowiedziano: Jestem Ignac Zylbersztajn z Izraela. Na chwilę wstrzymałem oddech, aby poskładać rozrzucone zaskoczeniem myśli
i wyrecytować okolicznościową formułkę Miło mi Pana słyszeć, Panie Ignac.

Ignac Zylbersztajn dzwonił, aby osobiście podziękować za informacje dotyczące swojej rodziny jakie uzyskał za moim pośrednictwem z Archiwum Państwowego we Włocławku. Mówił nieśmiało językiem polskim, którego brzmienie wskazywało na lata nieużywania, ale ze starannością jaką stosuje się przy oglądaniu drogocennych rodzinnych pamiątek. Opowiedział mi o swojej przeszłości, o losach bliskich,
o tym, co pozostaje ważne, kiedy wydaje się, że nie ma już nic.
A cała historia zaczyna się u zarania dziejów Aleksandrowa Kujawskiego, pod koniec dziewiętnastego wieku. To tu zamieszkują pradziadkowie Ignaca Wolf Zylbersztajn i Miriam Zylbersztajn z domu Graf. Pewnie nie widzieli spotkania dwóch cesarzy, bo Żydom wzbronione było osiedlanie się w sąsiedztwie dworca i pędzili swój bogobojny żywot, gdzieś w okolicach ulic Strażackiej i Ogrodowej. Ich syn Szmul
i Jeta córka Izraela Klajnbauma to rodzice ojca Ignaca Lajba/Leona Zylbersztajna. Ten ostatni miał liczne rodzeństwo jak bywało w szanujących się żydowskich rodzinach. Najstarsza siostra Reila, która zmarła w 1970 roku w Izraelu mieszkała do wybuchu wojny pod adresem Rynek 6 w Aleksandrowie i tam prowadziła wraz z mężem sklep. Siostra Fradel, żona taksówkarza z Nieszawy Leizer Kowalski zakończyła życie wraz z całą rodziną w Chełmnie nad Nerem. Ich los podzielili bracia:Wolf, Aron, Mejer i Józef. Najmłodsza siostra Lijba i ojciec Ignaca uniknęli kaźni.

Pierwszy nalot

Nim rozpętała się wojna Lajb/ Leon Zylberstein, krawiec z zawodu bierze za żonę Fraidę Ajzyk córkę Hersz Ajzyk i Taube Drabiński z Osięcin. Miało to miejsce 28 listopada 1937 w Aleksandrowie Kujawskim. Gdzieś przy ulicy Ogrodowej zamieszkali i Lajb zaczął robić to, co umiał najlepiej ; szyć. Tak zaczęli budowę swojej przyszłości, choć antysemickie zgrzyty w Polsce i dalekie pomruki zwiastujące nadejście wojny nie napawały optymizmem. Ale jak to zwykł mawiać Ignac: „Mimo wszystko, żyje się dalej”
I przyszła wojna wraz z niemieckim nalotem na Aleksandrów. Już w pierwszym dniu bomba spadła na podwórko domu Zylbersztajnów raniąc Mejera. Wyszedł z ran kulejąc, ale była to już ostatnia przychylność losu jakiej doświadczył.
Legł w gruzach dorobek . Nie pozostało nic oprócz własnego życia, więc przynajmniej tego trzeba było bronić. Ojciec Ignaca wraz ze szwagrem Fajwisz Nesing z Ciechocinka wyjechali na wschód, aby tam szukać mozliwości ratunku. Minęły tygodnie i słuch po nich zaginął. Zniecierpliwione brakiem informacji kobiety: Fraida przyszła matka Ignaca, siostry ojca Lijba i Reila z dziećmi ruszają w ślad za zaginionymi. Bez rezultatu szukają w Warszawie. Kierują się na wschód. Kilka razy po drodze zatrzymują ich Niemcy i tylko szczęśliwy zbieg okoliczności pozwala ujść z życiem. Docierają do Białegostoku. A tu jakby kolejny cud; wśród dziesiątek tysięcy uciekinierów żydowskich spotykają znajomego z Aleksandrowa, ten doprowadza ich do zaginionych Lajba i Fajwisza. Teraz było raźniej, było ich wszystkich ośmioro i tylko im z rodów Zylbersztajn, Nesing i Ajzyk udało się przeżyć czas wojny.

Cierpka wolność

W Białymstoku nikt nie był w stanie zapewnić warunków przeżycia uchodźcom,
z dnia na dzień sytuacja stawała się coraz gorsza. W końcu Rosjanie zezwalają na przekroczenie nowej granicy. Uciekinierzy zostawiają za sobą strach przed hitlerowskimi oprawcami, ale mieli przed sobą niepewną przyszłość
w obcym kraju. Zapakowani do pociągów towarowych ruszyli dalej na wschód,
w nieznane. Kilkanaście dni trwająca podróż zakończyła się w uralskim mieście Magnitogorsk. Miasto – fabryka broni.
Ulokowano ich rodzinami w jednopokojowych mieszkaniach w starym baraku po klubie lotniczym. Rosjanie szybko rozdysponowali siłę roboczą: Lajb trafia do fabryki mundurów, Fajwisz do wojska i już w 1941 walczy na froncie.
We wrześniu 1940 roku przychodzi na świat Ignac/Izrael (po dziadku) Zylbersztajn. Chłopiec wzrasta w środowisku rosyjskim. W ochronce pani uczyła: „szto dzieduszka Stalin eto drug wsiech dietiej w mirie”. Ślad po tym został w pamięci Ignaca tak jak zapamiętał do dnia dzisiejszego gazetowy wizerunek Adolfa Hitlera, któremu osobiście wyciął oczy nożyczkami ojca.
Minęły lata wojny, dotychczasowi robotnicy sowieckiej machiny zbrojeniowej okazali się zbędnym ideologicznie niebezpiecznym ciężarem , którego jakoś trzeba było się pozbyć. W lipcu 1945 ogłoszono powrót do domu. Hasło niezrozumiałe dla pięciolatka, którego rdomr1; to miejsce, gdzie teraz żył. I znów historia się powtarza: bydlęce wagony wysłane słomą i monotonny stukot kół pociągu zmierzającego
w nieznane. Im bardziej na zachód, tym inne obrazy, coraz wyższe wieże kościołów wznoszące się nad zgliszczami ostatniej pożogi. Od czasu do czasu pociąg przystawał na stacjach, a ojciec biegł do budynków po „kipietok”; Po kilkunastu dniach podróży skład zatrzymano na dłużej, odłączono parowóz. Zapanowała cisza i niepokój. Co dalej? Ignac zapytał ojca w języku, którym najsprawniej się posługiwał: „Papa, gdie my”Ten odczytał nazwę na ścianie dworca: „Strzegom” „Nu, a gdie etot Strzegom” zapytał. Ojciec odpowiedział:” Ja myślę, że to Polska, synku”

Nowa ojczyzna

„Nu szto, nrawitsa wam?”. Eto wasze; powiedział na wychodne sowiecki żołnierz, który wprowadził rodzinę Zylbersztajnów do mieszkania po dopiero co wypędzonych Niemcach. W piecu palił się jeszcze ogień, a na stole pozostał świeżo przygotowany posiłek. Był pokój dziecinny, a nim tyle zabawek, ile nawet w rosyjskim przedszkolu nie było. Dla pięciolatka to przejście do innej bajki, tylko o tyle smutnej, że napisanej dla kogoś innego.
W Strzegomiu pracy nie było. Dopiero w Dzierżoniowie u krawca Szulmana znalazło się coś dla Lajba Zylbersztajna, i to było sygnałem do przeprowadzki. Po kilku tygodniach przy sklepie na ulicy Radkiewicza 50 funkcjonował już zakład krawiecki pod szyldem Lajb Zylbersztajn ; krawiecr1;. Ignac rozpoczyna edukację w przedszkolu, a w maju 1946 roku przychodzi na świat siostra Guta.
Powrót do Aleksandrowa stał się niemożliwy. I tu w domach po dawnych właścicielach mieszkali dziś nowi i nikt nie chciał mówić i chyba nie chciał pamiętać tych poprzednich. Po wielu latach, w 1952 roku Zylbersztajnowie postanowili odwiedzić miejsce pochodzenia. Przeszli znanymi sprzed lat ulicami. Kiedy stanęli przed domem rodziców ojca, przyszła nieodparta chęć zajrzenia do środka. Tam ich jednak nie wpuszczono. Wizyta w domu Ajzyków – dziadków Ignaca- okazała się koszmarem. Matka widząc sprzęty i rzeczy jakie pozostały po babce, nie opanowała wzruszenia i nieopatrznie wspomniała, że je rozpoznaje. Wyproszono gości natychmiast.
A w Dzierżoniowie życie toczyło się mimo wszystko dalej. Była nawet szkoła żydowska, ale rodzice nie wiadomo z jakich względów wybrali polską. I tak Ignac Zylbersztajn stał się uczniem szkoły Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. I zasiadał w ławce i z Polakami, Niemcami i Żydami bez różnicy. Raz zdarzyło mu się słyszeć z ust klasowej koleżanki zdanie: ty parszywy Żydzier1; Nie bardzo chyba wiedział, kto to taki ten parszywy;, więc zapytał ojca. Sprawa zakończyła się u dyrektora szkoły.
Pięciu braci Ferdek – Polaków; znanych z urwisowskiego usposobienia-wprowadzało Ignaca w nastoletnią dorosłość, kiedy pod mostem w Dzierżoniowie wykładali mu sztukę palenia papierosów.W potrzebie udzielali nawet nauki tolerancji niepoprawnym antysemitom. Wojna z 1956 o Kanał Sueski spotkała się z ich aprobatą, którą wyrażali poklepując go po ramieniu ze słowami: „Żydki biją”
Po szkole T.P.D. było Drugie Liceum w Dzierżoniowie. Przyjaźnie dotrwały do dziś. W 2000 roku zorganizowano zjazd absolwentów, na którym reprezentowany był dosłownie cały świat.
W roku 1956 dochodzi do porozumienia między Polską Rzeczpospolitą Ludową a Izraelem w sprawie wyjazdu obywateli pochodzenia żydowskiego. Kto chciał to wyjeżdżał. I Zylbersztajnowie wyrazili taką chęć. 3 marca 1957 statek „Jerozolima” dobił do portu w Hajfie

Znowu od nowa

Wszystko zaczyna się na nowo. Zaprawiony w zmaganiach z życiem ojciec Ignaca szybko daje sobie radę . Siedemnastoletni Ignac przechodzi proces adaptacji do nowych warunków , a pomocnym w tym procesie narzędziem była służba wojskowa rozpoczęta w 1959r. Tu dopiero uczy się języka hebrajskiego i zaczyna czuć się znów jak u siebie; . Po dwóch i pół roku jako podoficer kończy służbę i trafia w wir cywilnego życia. I aby w nim nie utonąć uczy się zawodu dekoratora wystaw sklepowych, który z powodzeniem, nawet mimo przejścia na emeryturę dorywczo wykonuje do dziś. Po drodze przyszło mu założyć rodzinę. Jakby na ironię losu szczęśliwa wybranka Sara Cukier, poprzez przodków wywodzi się też z Aleksandrowa Kujawskiego.
Dziś ojciec trzech córek i dziadek czworga wnucząt wolny od rozterek egzystencjalnych przemierza jeszcze raz swoje życie we wspomnieniach, obrazach i ludziach, zadowolony z życia mimo wszystko.
Tak kończy Ignac swoją opowieść. Po kilku zwyczajowych zwrotach składamy sobie obietnicę dalszych kontaktów i słowo Szalom dopełnia ceremonii. Odkładam słuchawkę telefonu i z wolna powracam do rzeczywistości. Przychodzi mi do głowy refleksja: jak to dobrze, że żyję…mimo wszystko.
Zbigniew Sołtysiński

http://puszczyk.vgh.pl/readarticle.php?article_id=3

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: