WOLNOŚĆ I BUNT cz. 4

„Obcy” i „Mit Syzyfa” ukazały się, gdy Europa znajdowała się w mrokach wojennego okrucieństwa. Był rok 1942. XX wiek stawał się wiekiem totalitaryzmów. Tym żywiej biło jego serce. Nie było w nim miejsca na monotonię, na bezruch. Najwięksi tworzyli największe dzieła, gdy w siłę rosło zło, gdy ludzi ogarniał niepokój, strach, narody się wyrzynały i wydawało się, że to już koniec świata. Na najbliższej półce lektur Camusa leżał „Hamlet” Szekspira, Montaigne, Pascal, Nietzsche, biblijne proroctwa, księgi hinduskie, Budda i Koran. Przez długi czas nie mógł odżałować, że na skutek częstych przeprowadzek, zdekompletowana została seria dwunastu tomów pism św. Tomasza z Akwinu. W kolaboranckim, antysemickim reżimie Vichy widział podłość, czekał na moment, aby winnych sprawiedliwie osądzić bez przebaczania. Na tchórzostwo patrzył z pogardą. Zawsze znajdzie się jakaś filozofia, by usprawiedliwić brak odwagi. Gdy gościł u jednego z przyjaciół, jego syn zaśpiewał hymn rządu kolaboranckiego, obowiązujący w szkołach:

Marszałku, zbawco Francji

Twe zuchy stają przed tobą

Przysięgamy ci służyć

I podążać twą drogą…

Skarcił młodzieńca, poczym zaczął się śmiać z tego przypadkowego, kolejnego absurdu.

Nawet w naszym wygnaniu – pisał Camus – jest światło. Zachęca umysł, by nie odrzucał wszystkich swych sprzeczności i negacji, lecz uczynić z nich zasadę postępu. Camus ciągle przypominał, że istnieją takie wartości, jak wierność i zaufanie. W notatkach, w listach do bliskich pisał o sobie, że popełnia wiele głupstw, które nikogo nie uszczęśliwiają, ani innych, ani mnie…jednak dochowuję wierności przyjaciołom…to jedyny luksus, na jaki można sobie obecnie pozwolić.

„Obcy” ukazał się przed „Mitem Syzyfa”. Pierwszy nakład „Obcego” liczył 4400 egzemplarzy. Camus stał się uznanym pisarzem. Pragnął, aby go czytano, to jest zrozumiałe, jednak wahał się, czy powinien publikować, skoro w Francji gen. Pétaina, niektórzy pisarze, głównie Żydzi byli zakazani. Ataki gruźlicy wracały z coraz większą siłą. Nieraz tygodniami leżał w łóżku. Miał świadomość przemijania, śmierci. Nigdy nie dawał za wygraną. To było jego credo. Nie popadać w zwątpienie, w nicość, nijakość. W „Notatnikach” czytamy: Nie ma wolności dla człowieka, jak długo nie pokonał strachu przed śmiercią. Ale nie przed samobójstwem. Zwyciężyć to nie znaczy ustać. Móc umrzeć z podniesionym czołem, bez goryczy.

Został już uznanym pisarzem, był moralistą. Po wydaniu „Mitu Syzyfa” i „Obcego” zaczęto uważać go za twórcę poematów filozoficznych. Czy Camus był filozofem? Unikał zakwalifikowania do jakiejkolwiek formacji. Aczkolwiek jego tezy i poglądy na dobre zadomowiły się w filozofii politycznej. Wydaje mi się – pisał – że pisarz nie powinien przymykać oczu na dramaty jego czasów i że gdy tylko może, powinien w sprawach tego świata zajmować wyraźne stanowisko. Czasami jednak winien również zachować pewien dystans w stosunku do rozgrywającej się na naszych oczach historii.

Filozofem w rozumieniu Platona, Kanta czy Hegla nie był. Był pisarzem moralistą, w którym etyka zajmowała ważną pozycję. Zdaniem jego biografa Oliviera Tooda, pragnął zlaicyzować nakazy ewangeliczne. Nie wierząc w Boga, adaptował, odczytał Ewangelię po swojemu. Kodeks postępowania przedstawiał w utworach. Jednak nie uzurpował sobie roli przewodnika. Nie z braku pewności. Raczej z pokory, którą noszą w sobie najwięksi. Uważał, że pisarz może ludziom pomagać jedynie poprzez swoje utwory. Nie ma prawa uważać się za przewodnika sumień. Nie jest to kapitulacja, lecz raczej realna ocena własnych możliwości.

W 1945 r. Camus został ojcem bliźniąt – Catherine i Jeana. Pracował nad „Dżumą”, która ukazała się w 1947 r. Jest to powieść – moralitet, przyniosła mu światową sławę. Wszystko bywa absurdalne, świat staje do góry nogami, wszystko się wali, wszyscy umierają bez wyjątku: dzieci, starcy, zbrodniarze, bohaterowie. Jak się bronić przed absurdem?  Obrona nie ma sensu, gdyż jesteśmy skazani na absurd. Absurd to nie zło. To konieczność. Ale nie wolno godzić się na zło. Nie wolno godzić się na żaden jego przejaw, nawet najdrobniejszy. Czy zło  można pokonać? Ludzie – pisał Camus w „Notatnikach” – są wyczerpani złem albo zrezygnowani, co na jedno wychodzi. Tyle tylko, że nie mogą już znieść kłamstw na ten temat.  Zła niczym nie można usprawiedliwić. Ani rozumem, ani sercem. Nawet jeśli dżumy nie da pokonać, nawet jeśli nie da się zwyciężyć w ludożerczej wojnie, nie znaczy, że należy przystać do wroga. Na naszym świecie są zarazy i ofiary. W miarę możliwości nie należy być po stronie zarazy. To wszystko, aż wszystko.

Camus wygłosił prelekcję dla dominikanów (grudzień 1946). Był na niej obecny amerykański pisarz Julien Green- katolik. Dał następujące świadectwo o Camusie: Mimo, że chory i wyraźnie zmęczony, sposób, w jaki przemawia, porusza mnie do głębi. Mówi o tym, czego oczekuje się od francuskich katolików w 1946 roku. Jest wzruszający, przy czym wcale nie sili się na elokwencję. Sprawia to jego szczerość. Mówi szybko, prostymi zdaniami, zagląda do notatek. Ma bladą twarz, smutne spojrzenie, smutny jest też jego uśmiech. Po skończonej prelekcji ojciec Maydieu pyta mnie, czy chciałbym coś powiedzieć. Daję znak, że nie…Kilku słuchaczy zadaje pytania, czyniąc to tak niezręcznie, że lepiej by już było, aby się w ogóle nie odzywali. Jeden z nich, były rewolucjonista o naiwnym spojrzeniu, stwierdza coś, co wprawia wszystkich w osłupienie: „ Panie Camus, ja doznałem łaski, a pan nie – mówię to z całą pokorą”. Jedyną odpowiedzią Camusa był ten jego smutny uśmiech…choć później oświadczył: „ Jestem pańskim świętym Augustynem przed nawróceniem się. Walczę z problemem zła, nie mogąc sobie z tym poradzić.  

„Dżuma” ukazała się po wojnie,  pracował nad nią, gdy przebywał w okupowanej Francji (1942-1943). „Dżuma” to nie tylko obraz okrucieństwa nazistowskiego. Dżuma może być wszędzie. Tam, gdzie terror, wygnanie, lochy więzienne, cierpienie, śmierć, tam, gdzie górę obejmuje zło. Camus w liście do pani Rioux: „Dżumę” można interpretować na trzy sposoby. Jest ona jednocześnie relacją o epidemii, symbolem okupacji nazistowskiej (nawiązuje zresztą do wszelkich reżimów totalitarnych), wreszcie konkretną ilustracją pewnego problemu filozoficznego, a mianowicie zła. Camusa przestało interesować bohaterstwo i świętość. Camus chciał wiedzieć więcej: jak być człowiekiem? W życiu świata nie da się zrozumieć. Trzeba się zatem zająć człowiekiem.

Działając w ruchu oporu, Camus otrzymał fałszywe papiery na nazwisko Albert Mathé. W „Dżumie”, ci co walczą z zarazą nie są przedstawiani jako bohaterzy. Oni „tylko” walczą. Camus swojego udział w podziemiu nie wynosił do bohaterskiego wyczynu. Nie uczestniczył w akcjach bojowych, pełnił rolę skrzynki kontaktowej, ale i tak spośród  innych pisarzy i intelektualistów zapisał najbardziej aktywną kartę. Rwał się do działania, robił to, na co mu pozwalano. W „Dżumie”, gdy zaraza się skończyła, ci którzy ją przeżyli, wrócili do swoich zajęć. Tłum wyszedł na ulicę świętować koniec nieszczęścia i wyzwolenie. Francuzi podczas wojny – nie umniejszając postawy członków ruchu oporu – na ogół kryli się po kątach. Gdy gen. Charles de Gaulle wkraczał do wyzwolonego Paryża witano go kwiatami i owacyjnie. Paryżanie czuli się zwycięzcami. Camus zachowywał się jak narrator, doktor Rieux z jego książki: Radość jest zawsze zagrożona. Wiedział bowiem to, czego nie wiedział ten radosny tłum i co można przeczytać w książkach, że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i bieliźnie, że czeka cierpliwie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustach i w papierach, i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście.  

klechtaJerzy Klechta

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: