Opowieść o ostatniej żydowskiej rodzinie i cmentarzu, którego nie ma

Obawiam się, że z tą tablicą może być problem. Znam ludzi. Jeden przyjdzie, pomodli się, postawi znicz. Drugi napluje i zniszczy. Z głupoty – mówi Alicja Skowrońska. Zabiegała, by upamiętnić żydowski kirkut zlikwidowany przez komunistów
Czasami przyjeżdżają do nas młodzi rabini ze Stanów Zjednoczonych. Przywożą do nas koszerne jedzenie i wino. Wtedy to oni wszystko przygotowują, usługują nam podczas świąt – opowiada Alicja Skowrońska. Cieszy się, że wróci pamięć o dawnym kirkucie. Choć symboliczna. – Nareszcie! Jako ostatni członek narodu żydowskiego w powiecie, chciałabym dożyć momentu, kiedy zobaczę tę tablicę i będę mogła się tam pomodlić – mówi.

W siedzibie Sybiraków, pani Alicja należy do nowosolskiego koła, przekazuje historię swojej rodziny. Pokazuje archiwalne zdjęcia. Z pierwszej fotografii spogląda Józef Israel Graniasty. Przystojny mężczyzna w mundurze milicyjnym to ojciec Alicji. Urodził się w 1917 r. w Przasnyszu koło Warszawy. Jej mama, Dora Stolarska, siedem lat później w Ostrołęce. Tam będą żyć do wybuchu II wojny światowej. Ale wtedy zmieni się wszystko.

Ślub na Syberii

  • Związek Radziecki mówił, że na Syberii „chce nas przechować” i „kto chce, może tam wyjechać”. To było oczywiście kłamstwo. Mój dziadek, tata mamy, nie chciał jechać na Syberię. Zginął od strzału w głowę – opowiada Alicja Skowrońska. Resztę rodziny wywieziono za Ural w lutym 1940 r. Najpierw do Czelabińska, później zostali rozlokowani w miejscowości Wierchnij Ufalej. – 18 lipca rodzice wzięli ślub. Mówili sobie: nie wiadomo, jak ta wojna się potoczy, co nas spotka. Chcieli się pobrać, żeby być razem. Oni tam głodowali, była bieda, jak to na Syberii. Kromka chleba na osobę dziennie – wspomina Alicja Skowrońska. Matka chodziła po wiosce i zbierała od ludzi obierki. Rwała pokrzywy i później gotowała zupę. Przy 60 stopniach mrozu zbierała śnieg, by ugotować wodę. – Żeby tylko przeżyć. Mama chorowała na dur brzuszny, zaczęła łysieć, chodziła w chuście. Zatrudniono ją, żeby prowadziła jeńców niemieckich do lasu do wyrębu drewna. Miała dla bezpieczeństwa kałasznikowa, ale bez amunicji. Mimo wszystko Niemcy bali się. Mówiła, że gdyby kule były w tej broni, nie brałaby jej, nie musiałaby strzelać – wspomina Skowrońska.

Pani Alicja jest pierwszym dzieckiem Józefa i Dory. Przyszła na świat równo dwa lata po ślubie. Potem, gdy wrócili do Polski, nie rozmawiano już więcej o Syberii. – Tragiczne wspomnienia, nieludzkie warunki, mieszkaliśmy po piwnicach. Cała rodzina to były 24 osoby. Z Syberii ze strony taty wrócił tylko on i moja najstarsza ciocia. Reszta umarła z głodu. Z mamy strony – jakieś szczęście od Boga – wszyscy przyjechali – mówi pani Alicja. Z pobytu w Syberii pamięta tylko dwie sceny. W pierwszej jako trzylatka wychodzi na podwórze, schodzi po trzech schodkach. Ojciec pyta ją, gdzie idzie. Ona odwraca się i rezolutnie rzuca po rosyjsku: idę spacerować. Albo jako malutka dziewczynka tańczy tango. Taniec kocha do dzisiaj.

Nowe życie

W 1946 r. cała rodzina trafia na Ziemie Odzyskane, do Przemkowa. – Jechaliśmy tymi strasznymi pociągami, wie pan… Jak dzieci umierały podczas podróży, to w tych wagonach były takie dziury w podłodze, „wychodki”. Tam wrzucano je umarłe… I tak na tych torach zostawały – Skowrońska milczy, łamie się jej głos. Pytałam mamy, jak mnie przywiozła? Tłumaczyła, że Pan Bóg nad nami czuwał.

Ojciec Alicji w ogóle nie chciał mówić o Syberii, podróży. Przemków mu się nie podoba. Wsiadł na rower i objechał okolice. W końcu trafił do Nowej Soli. Poszedł do urzędu i spytał czy są wolne mieszkania. – Zapytali go o zawód. Był piekarzem. Oni na to, że potrzebują piekarzy, bo ludzie potrzebują chleba. I tak dostaliśmy jeszcze na ul. Hutniczej mieszkanie. Całe pierwsze piętro – wspomina pani Alicja.

Antysemickie nagonki

Zamieszkali pod „piątką”. Pod „dwójką” ojciec Alicji założył nowosolską kongregację żydowską. Został jej szefem. Ale po pobycie w Syberii był słaby, chorował na gruźlicę. W końcu musiał rzucić pracę w piekarni. Załapał się na nabór do milicji. Potrzebowali ludzi do „papierkowej” roboty. Tam pracował do emerytury.

Ale wcześniej przyszedł 1956 r. Szczególnie trudny w powojennych losach Żydów w Polsce. Komuniści wszczęli wtedy antysemicką nagonkę. – Żydzi znowu czują osamotnienie, muszą się bać. Wielu zostało wygnanych. To była nienawiść w pełnej krasie. Wyzywali nas na tych swoich zebraniach partyjnych. Mówili „wyjeżdżajcie tam, gdzie wasz kraj, my was nie chcemy”. I Żydzi wyjeżdżali do Izraela. Można było popłynąć statkiem z Gdańska. Samolotem było za drogo – mówi Alicja Skowrońska.

Pan wyjedzie za pięć lat

Graniaści zostali w Nowej Soli. Od tej pory byli jedyną żydowską rodziną w mieście. Owszem chcieli wyjechać, ojciec złożył już nawet papiery. Zgody nie dostali. – Bo tata miał mundur. Przyszli do nas z milicji i powiedzieli: panie Graniasty, pan nie może wyjechać. Chyba że pięć lat pan przepracuje i wtedy pana puścimy. Mamie i dzieciom, owszem, pozwolono wyjechać. Ale to nie wchodziło w grę – wspomina Alicja Skowrońska. Skończyła wtedy już 16 lat, pamięta, jak matka naskoczyła na milicjanta. – „Pan chyba zwariował, mam opuścić męża, a dzieci ojca? Pan nas nie wygoni. Napiszę skargę na was do ministerstwa”. Odwróciłam się wtedy, zaczęłam się śmiać. Strasznie zrugała tego milicjanta – opowiada Skowrońska.

Żyd też człowiek…

Marzec 1968 r. i kolejną falę nienawiści do Żydów wspomina jeszcze gorzej. Nazywa ten okres „zdeptaniem narodu żydowskiego”. – A Żyd przecież też człowiek… – zawiesza głos.

Alicja Skowrońska wspomina, że ta nienawiść szła z góry, z posiedzeń partyjnych, może była bardziej widoczna w większych miastach. – W Nowej Soli wszyscy nas lubili, do tej pory zresztą ludzie mnie szanują i nie zważają na moje pochodzenie. W szkole wszystko było w porządku, wszędzie było dobrze. Nie było, że Żyd to czy tamto.

Postawę Anny Zalewskiej, dzisiejszej minister edukacji narodowej, która ma wątpliwości, czy na pewno Polacy popełnili zbrodnię w Jedwabnem, ocenia krótko: – Powinna zostać usunięta. Nie powinny z jej ust paść takie słowa. Minister? Jeszcze edukacji… Narodowcami, ONR-em się nie przejmuje. – U nas, w Nowej Soli, tego nie ma. A ja żyję tutaj i tylko to mnie interesuje – ucina.

Koszerne jedzenie i wino

Skowrońska jest społeczniczką od lat. Była ławnikiem w sądzie. Prężnie działała i nadal działa w związku emerytów i rencistów, wspiera Sybiraków. W żarskim oddziale Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce pracuje od 40 lat. Od dziewięciu kieruje oddziałem, który obecnie liczy prawie 90 osób. Poprzednim przewodniczącym był Abram Brand. – Kultywujemy kulturę i tradycje żydowskie, organizujemy obchody świąt czy koncerty. Przywożą nam koszerne jedzenie i wino. Mamy pod opieką duży obszar: Gorzów, Gubin, Zieloną Górę, Nową Sól, Głogów, Lubań, nawet Zgorzelec na Dolnym Śląsku – wymienia na jednym wdechu.

Życie w cieniu cmentarza

Skowrońska nowosolski kirkut pamięta dobrze. Był obok jej rodzinnego domu. Żydowskie nagrobki zdecydowano usunąć w latach 60. Wykopanie ciał, a właściwie jednego ciała, zakończyło się w 1970 roku.

  • Ówczesne władze Nowej Soli przeprowadziły tylko jedną ekshumację. Isaaca Goldberga. To był ostatni pochówek, nie upłynęło wtedy od niego 20 lat, a to była granica, po której nie robiono już ekshumacji – wspomina Skowrońska. Józef Graniasty, był wtedy szefem kongregacji żydowskiej. Załatwił w urzędzie pozwolenie, by zwłoki Goldberga przewieziono do Żar na cmentarz żydowski z prawdziwego zdarzenia. – Teraz dbamy o tamten kirkut. Goldberg mieszkał obok nas. Reszty ciał nie ekshumowano.

Alicja Skowrońska od lat walczyła o upamiętnienie cmentarza u zbiegu ulic Wandy i Wyspiańskiego w Nowej Soli. Jej siostra, Sabina Andraczyk, która w latach 90. wyjechała do Izraela i była tam nawet redaktorem polskojęzycznej gazety, korespondowała na ten temat z prezydentem Wadimem Tyszkiewiczem.

Ich starania przyniosły skutek. Miasto ufunduje tablicę pamiątkową. Jest wdzięczna także dziennikarzowi. Marek Grzelka z Tygodnika Krąg napisał reportaż o kirkucie. Bo w Nowej Soli mało kto znał historię skweru. – Wielu ludzi dowiedziało się, że tam w ogóle był cmentarz – mówi pani Alicja. Chce, by tablica była skromna. Za to w trzech językach: w jidysz, hebrajskim i polskim.

  • Obawiam się, że z tablicą może być problem. Znamy ludzi, są różni. Jeden przyjdzie i pomodli się, postawi znicz. Drugi napluje i zniszczy. Z głupoty…

Przyslala Ala Korn

http://zielonagora.wyborcza.pl/zielonagora/1,35182,20767136,opowiesc-o-ostatniej-zydowskiej-rodzinie-i-cmentarzu-ktorego.html

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: