wspomnienia

Spowiedź granatowego policjanta. Czarnymi owcami byli nie źli, a dobrzy

.

Warszawskie getto na początku 1941 r. Polski granatowy policjant w towarzystwie żydowskiego funkcjonariusza kontrolują przechodniów. W podległej Niemcom policji podczas okupacji służyło kilkanaście tysięcy Polaków (Fot. AKG-Images)

Przyslal Janusz G


Jak mogłaby się zacząć spowiedź granatowego policjanta? Może tak: „Tak mi się spodobało, że zaczęliśmy hajlować do siebie i do Niemców. Aż przyszło od nich pismo, że hajlowanie jest przywilejem tylko dla nich”.

 

„Płuczki”, „Drzazga” i „Na posterunku”, trzy niedawno wydane tytuły jak trzy kolejne (po pionierze Grossie) gwoździe do trumny. Ten ostatni gasi skutecznie tlącą się nadzieję, że antysemityzm w wydaniu polskim w czasie wojny i po niej więcej szczekał, niż gryzł.

„Płuczki” o powojennym, pospolitym ruszeniu polskich batalionów chłopskich na pola, o żniwach, których plonem zakopani, ale „żyźni” jeszcze Żydzi. „Drzazga” o polskiej rodzinie z trupem w szafie, „Rodzinka.pl” w czasie wojny. „Na posterunku” o Polnische Polizei, polskim zbrojnym ramieniu Niemców hitlerowskich w Polsce. Trzy razy siarczysty policzek w dobre samopoczucie obrońców mitu „Polski niewinnej”. Pokłosie rodzimej, poświęconej kropidłem antysemickiej sztafety pokoleń, która na niemieckiej wojnie dobiegła do swej mety.

„Faszyzm polski sprzymierzony z antysemityzmem opanował większość społeczeństwa polskiego. Tępota polskich antysemitów (…) jest winna śmierci setek tysięcy Żydów, których można było – na przekór Niemcom – uratować” (Emanuel Ringelblum).

Gubernator Hans Frank (z prawej) przyjmuje meldunek od komendanta oddziału polskiej policji (granatowej). W tle widoczni stojący w dwuszeregu polscy policjanci, październik 1940 r.

Gubernator Hans Frank (z prawej) przyjmuje meldunek od komendanta oddziału polskiej policji (granatowej). W tle widoczni stojący w dwuszeregu polscy policjanci, październik 1940 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

TAK SOBIE MYŚLAŁEM…

Łatwo i efektownie jest pisać o czymś, co białe albo czarne. A żmudnie o tym, co pośrodku, mieszane, z dwóch barw powstałe. Wziąć niebieski i pomarańczowy, będzie granatowy.

Tak myślałem do czasu „Na posterunku” Jana Grabowskiego. Że „nasi granatowi” to problem z cyklu „Tak, ale”. Krok do przodu, bo „tak”, i zaraz stop, bo „ale”.

Czy fakt bycia wtedy granatowym policjantem budzi mieszane uczucia? Co najmniej mieszane, tak, ale przedwojenni policjanci powołani zostali przecież (na rozkaz Hansa Franka) do służby pod przymusem, pod groźbą „najsurowszej kary”. Poza tym podziemie i rząd na emigracji dały dyspensę, można było być granatowym bez oskarżenia o zdradę narodu.

Czy granatowi brali udział w egzekucjach Żydów? Tak, ale były przypadki, że tych, którzy odmawiali rozstrzelania, rozstrzeliwali Niemcy, tak myślałem, gdzieś tam o tym przeczytawszy.

Czy granatowi denuncjowali, szantażowali i na własną rękę mordowali Żydów? Tak, ale byli też tacy, którzy im pomagali, i spory ich procent współpracował z podziemiem, a to ich przecież wybiela, myślałem.

Z każdą stroną „Na posterunku” łuski spadają z oczu. Uczestnictwo w egzekucjach było dobrowolne, za odmowę nie groziły żadne poważne konsekwencje, ot, drwiny kolegów, ewentualnie przesunięcie do gorszej służby. Współpraca z podziemiem, z AK, Batalionami Chłopskimi, Armią Ludową lub, ba, NSZ wcale nie przeszkadzała w mordowaniu Żydów. Jedna ręka na sercu dla Polski, palce drugiej na cynglu. Niemcy zabijali obcych, a ci nasi tych, których znali, sąsiadów, znajomych, tych, z którymi chodzili do szkoły lub bawili się na jednym podwórku.

SPOWIEDŹ

Grabowski wyważa, po jednej i drugiej stronie wagi kładzie odważniki i oddaje sprawiedliwość tym, którym się ona należy, i chociaż jest wśród nich paru odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, ich liczba nie wystarcza na otarcie łez. Do zabijania Żydów o wiele więcej było ochotników niż tych, którzy robili to wbrew własnej woli. Czarne owce to nie był margines, to wygodne słowo pokrywka do przykrycia okrutnej prawdy. Czarnymi owcami byli nie źli, ale dobrzy.

Trzeba żyć z tym, że frazy „polscy zbrodniarze wojenni” i „polski udział w Holocauście” nie są oszczercze. Są zasadne, o tym ta książka świadczy.

Niech mówią fakty.

Jako medium posłuży mi odlew, którego dokonam z całej tej na niemieckiej smyczy trzymanej polskiej sfory. Powstanie jeden modelowy granatowy. Będzie urodzony przeważnie w małym miasteczku, na wsi, rzadziej w większym mieście. Za nim kilka, kilkanaście lat nienagannej służby w Policji Polskiej II RP. Nazwisko i imię pospolite, wygląd podobnie jak nazwisko i imię, wiek średni, wzrost jak wiek, wykształcenie jak wzrost. Następnie skompiluję zeznania naocznych świadków i cytaty z dokumentów i – uwaga, licentia poetica – wyposażę go w monolog.

Sfingowana spowiedź granatowego policjanta brzmiałaby mniej więcej tak oto.

Mordowaliśmy na własną rękę

Wezwali, to się zgłosiłem. W całym kraju tylu nas służyło pod Niemcem, ilu przed wojną. Spodobało mi się od razu, na ulicy jak pan; byłem młody, to siałem owies, teraz siałem strach. Powiem tak, jak ta wojna coś zmieniła, to nam na dobre. Tak mi się spodobało, że zaczęliśmy hajlować do siebie i do Niemców, aż przyszło od nich pismo, że hajlowanie jest przywilejem tylko dla nich, o, o, tu mi podpadli. Ale przełknąłem tę zniewagę, nagrodą pocieszenia były nasze pachołki, żydowska policja. My byliśmy pachołkami Niemców, a oni naszymi, każde słowo Polnische Polizei miało dla nich moc prawa, nie mogło być tak zawsze?

Niektórzy pękali, ja nie. Raz nawet zgłosiłem się do plutonu egzekucyjnego na ochotnika, masowa egzekucja, za przebywanie poza gettem bez opasek. Nasze pachołki przywiązywały ich do słupków, my sześć metrów od nich, a oni ryczą, wyją, a jeden krzyczy: „Tak robią ludzie! To robią ludzie!”. A my na komendę salwa i jeszcze jedna, a potem parę pojedynczych strzałów na wszelki wypadek, licho nie śpi.

Mordowaliśmy na własną rękę, na początku tak niemrawo, potem się rozkręciliśmy. W Warszawie zaczęliśmy od szmuglerów, przeważnie młodzież, jakieś tam dzieci. Raz mierzyłem do jednego na ulicy i zabiłem polskiego przechodnia. A raz wsadziłem pistolet do dziury, bo przez nią z getta szmuglowali, i strzeliłem parę razy na ślepo, jednego trafiłem.

Łapówy i konfiskata

Tak, na początku zabijaliśmy nieudolnie, Niemcy musieli po nas dobijać, ale potem! Potem stałem się strzelcem wyborowym, uczeń przegonił mistrza. Kiedyś jednemu chłopu spodobały się buty jednego Żyda, to mnie poprosił, żebym mu go „sprzedał”, zastrzeliłem i dałem, ale uwaga, zastrzeliłem tak, żeby nie poplamić krwią ubrania i tych butów, to jest sztuka.

Zakres obowiązków mieliśmy dosyć szeroki, ja najbardziej lubiłem pilnowanie bram getta, murów, płotów, żeby się to ścierwo po mieście nie rozlewało. Dzieci, niedzieci, na dzielnicę aryjską po chleb, bo głód? Za wszy i do Niemca z nimi.

Nasza specjalność: łapówy i konfiskata. Braliśmy tyle, że musieli hamować nas Niemcy. Oni byli gorliwi, my nadgorliwi.

Raz tylko tłum Polaków przybył do getta, z jedzeniem, żeby pomóc. Żart. Niemcy wprowadzili dla Żydów obowiązek zdeponowania futer, no to albo oddać, albo sprzedać, sprzedawali, za bezcen, i wtedy Polacy przyszli ten jeden raz do getta, na sezonową obniżkę cen.

Co Hitler złego zrobił, to zrobił, ale przynajmniej Polskę od Żydów uwolnił. Ale z naszą pomocą u jego boku. Kto by ich tropił tak jak ja? Niemiec? Z Niemca dupa, Żyda dobrze nie znał, tam u nich nie było ich wielu, i nie umiał ich od ludzi odróżnić. Polowanie to była moja specjalność. Ze wszystkich psów gończych, polskich i ukraińskich, ja byłem najlepszy.

Idzie ktoś przez wieś z gazetą, a! Przecież nie dla siebie, może ma kogoś w domu, a Żyda też poznać po tym, że czyta, nie? Dalej, obrzezany czy nie, rzecz prosta, ale ja już z daleka umiałem zwietrzyć. Aparycja ważna, ale tu trzeba nosa, bo nie każdy Żyd od razu jak Żyd. Sposób poruszania się, o! Widać lęk, chód jest niepewny, plecy zgarbione, a jak bliżej, to rozbiegane oczy. A jak i to zawiedzie, na dopytki go. Ja ci tu zrobię test na Polaka. A dawaj mi tu na pamięć „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”. Dużo z nich umiało, ale ja nie dawałem się nabrać. A ksiądz na końcu mszy to co mówi? A do stołu co podajemy na wigilię? A na końcu miałem jeszcze próbę ognia, ta była najlepsza, kazałem im zapalić zapałkę, Żydzi to się ognia boją jak zarazy, nie? I dlatego zapałkę zapalają, ciągnąc od siebie, nie? A prawdziwi Polacy ciągną główkę do siebie, tak bohatersko. Jedna mała zapałka i albo życie, albo śmierć. Tak, Niemcy bez takich fachowców jak ja nie daliby rady. No i bez donosów od ludności. Takie to były czasy, ksiądz na księdza raz donosił, naród na naród.

Likwidacje obozów albo domów i dobytku to było coś. Żandarmi robili licytację, a strażacy z łomami i siekierami na rabunek, a drzwi rozwalać, a brać, a Żydów łapać, a na placu nasi chłopi na furmankach czekali jak kruki na padlinę, żeby coś kupić za grosze, a tyle ich, że jak jakieś wielkie chłopskie święto to wyglądało.

„Dentyści”

A nasi młodzieńcy, nasi „junacy”, ci to dopiero! Zawody sportowe urządzali, kto więcej Żydów zabije, moja krew. A nasza straż pożarna! Też była ochotnicza, do udziału w likwidacji getta lub obław na zbiegłych Żydów na własną rękę. W jednym miasteczku wybuchł pożar, ktoś tam krzyknął, że to Żydzi podpalili, no to ludzie ze strażakami zaczęli ich wyłapywać. Przyprowadzali do mnie na posterunek jednego po drugim, wołali, wychodziłem, strzał, i gotowy, a oni go za nogi, ręce, huśtu, huśtu i do tego ognia. Tyle razy musiałem wychodzić, to i już strzelałem od niechcenia, to czasami wrzucali takich, co jeszcze żyli.

Strażacy to w ogóle były swoje chłopy, bić potrafili tak, że oko wypływało, a jak Niemiec powiedział: „Szukaj”, to dachy domów zrywali, żeby poddasza sprawdzić. A w czasie powstania w getcie, jak się paliło, to strumieniami wody polewali Żydków, co chcieli wyskoczyć z okien albo balkonów, i oni wlatywali z powrotem do środka, zuchy! A przy niszczeniu getta w Węgrowie pomagali Niemcom podpalać budynki, kto to powiedział, że mają tylko gasić? A potem bosakami wyciągali Żydów z tych płonących domów. Kto powiedział, że remizy to mają być tylko remizy, a nie tymczasowe areszty dla złapanych poza gettem?

W tym Węgrowie śmiesznie było, schwytali małżeństwo, ona miała kolczyki i nie umiała ich szybko ściągnąć, próbowali jej uszy obciąć, jak uciekali, to dopiero ludziska mieli ubaw. W Pilicy od Ukraińców Żydów wyrywali, żeby ich samemu zabijać, a wyglądali tak w tych hełmach mosiężnych z toporkami w rękach, że oko cieszyło. W Stoczku na cmentarzu zwłoki my grzebali, strażak mi pomagał, zdjął dla mnie z trupa kolczyki i pierścionek, dałem mu za to pozwolenie zatrzymania sobie jej butów, potem jego żona w nich chodziła. W tym Stoczku, no i w Węgrowie, dużo było „dentystów”, handlowali złotymi zębami, co je wyrwali żydowskim trupom, ten strażak odrąbał raz szpadlem koronkę i schował do kieszeni. Zgubił, bo miał tam dziurę, idiota.

Ulice czerwone od krwi

Jeszcze jak na prowincji byłem, to jak my nie wiedzieli, za co Żydków gonić, żeby ich doić bardziej, to wymyśliłem, żeby jak się ma gwiazdę jak szeryf, to trzeba jakoś się prezentować, nie? Czyste muszą być. I dawali my im mandaty i grzywny za brudne opaski, chociaż takiego przepisu Niemcy wcale nie dali, ale co tam, taką czujność na froncie higienicznym my sobie wymyślili. I jeszcze, że dlaczego mają po chodnikach chodzić? Jak my, ludzie? W Miechowie to było, jako starosta powiatowy wprowadziłem zakaz używania przez Żydów chodników i ścieżek miast i wsi powiatu. Po jezdni niech człapią, mówiąc dokładniej, brzegiem rynsztoków, jak szczury.

W synagodze też zabijaliśmy, razem z Niemcami, małymi stadami, po sześć, siedem sztuk, zabiliśmy osiemnastu, trochę przymało, to mi się przypomniało, że w naszym więzieniu siedzi jeszcze dwóch, to ich nam przyprowadzili, to było dwadzieścia.

A kiedyś to my ojca z córką dorwali, przywiązaliśmy go łańcuchem i katowali tak, że ta córka wyskoczyła nam przez okno.

A kiedyś to razem my do jednego worka dziewczynę włożyli, a do drugiego dwóch jej małych braci i kolbami bili, a potem salwa w te worki, a potem do rzeki Liwiec my je wyrzucili.

A kiedyś to byłem jak ułan, jednego dogoniłem na koniu i zabiłem.

Było tak, że ulice małych miast czerwone były od krwi. Akcje likwidacyjne urządzaliśmy na oczach tłumów rodaków. Pomagali nam, wyciągali ich z piwnic, ze strychów, bunkrów, z pól, a my pędziliśmy to bydło do obozów. Lub zabijali na miejscu, to i tak były takie jakby nieboszczyki na przepustce.

Raz trochę podpadłem w Krakowie, przy likwidacji getta. Jedna z dzieckiem, jakieś pięć lat, chciała uciec, strzeliłem, padła, strzeliłem raz jeszcze, no i mierzę w dziecko, ale mnie hamuje kierownik posterunku, i jeszcze skarży na mnie górze, a góra co? Dostałem nagrodę pieniężną i buty. I jeszcze to ogłosili w rozkazie komendy miasta.

Szkoła policji polskiej (granatowej) w Nowym Sączu. Widoczni stojący na placu w dwuszeregach policjanci, październik 1941 r.

Szkoła policji polskiej (granatowej) w Nowym Sączu. Widoczni stojący na placu w dwuszeregach policjanci, październik 1941 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Robiłem Żydów, gdzie popadło

Cukierki mi się przydały, jak likwidowaliśmy getto w Biłgoraju. Na ulicach, placach, w ogródkach, wszędzie pełno trupów, a ja z polskimi dziećmi naszymi po podwórkach, szukaj Żyda, szukaj Żyda! Powiedziałem im tak: „Dzieci, za każde znalezione żydowskie dziecko dam landrynki”, przyprowadzali mi, a ja za kark i kulka w głowę.

I to my, no bo kto, ten duży bunkier z sześćdziesięcioma Żydami nakryli. Osiem dni w nim leżeli, bez niczego, ani wody. Własny mocz pili, a jeden drugiemu pot z czoła lizał. A kiedyś, jak znaleźliśmy kryjówkę jedenastu, to podpaliliśmy ich benzyną.

Robiłem Żydów, gdzie popadło. Chodziłem na tory i mordowałem tych, co wyskakiwali z pociągu, żeby się ratować. Leżała postrzelona kobieta, miała złote pierścionki i kolczyki, miejscowi oderwali jej palce i uszy.

Zabijałem na zamówienie. Wzięli chłopi do domu krawca i jego narzeczoną, przez dwa tygodnie oni dla nich szyli, a potem chłopi wezwali mnie, żebym ich zabił, bo już było wszystko poszyte.

Jak już ta wojna do końca szła, to chciałem zrobić sobie alibi na przyszłość, puściłem wolno matkę z synem, ale żeby mi poświadczyła, że ratowałem Żydów, dałem jej moje nazwisko i adres, i co? I nic, taka wdzięczność.

Niemiec uciekał, do wsi, w których już go nie było, zaczęli wracać Żydzi, dużo się nacięło. Na przykład trzynastu w Kańczudze koło Przeworska, porządna wieś, co roku „wieszanie Judasza” praktykowali. Dzieci, kobiety, mężczyźni, wszyscy do piachu, i to w Niedzielę Wielkanocną. Dowiedzieli się, co może znaczyć u nas powrót w rodzinne strony.

Po wojnie pracowałem w Milicji Obywatelskiej, teraz leżę zakopany pod ziemią jako niewybuch.

Dzisiaj przywraca nam się hołd, mamy nawet w Płaszowie pomnik z nazwiskami tych, co zabili ich tam Niemcy, no jest paru. Ale jakby tak zrobić pomnik z nazwiskami zabitych przez nas, to ja nie wiem, on by musiał z ziemi do nieba być. Nie, jak do nieba? Do piekła przecież.

Na koniec powiem do rymu, więcej grzechów nie pamiętam, za żaden nie żałuję, rozgrzeszenia nie potrzebuję.

*Janusz Rudnicki – pisarz, felietonista, eseisty

Spowiedź granatowego policjanta. Czarnymi owcami byli nie źli, a dobrzy

 

 

Kategorie: wspomnienia

3 odpowiedzi »

  1. U nas robili to Ukraiińscy policjanci za pomocą dzieci z sąsiednich podwórek. Polskie dzieci miały dobry przykład i uczyli sie gorlivie

  2. Coś nieprawdopodobnego – tylko, że to jest fikcja która mogła mieć miejsce i człowiek który to opisuje nie jest głównym bohaterem. Rzeczywistość ubrana literacko i co dalej – jaka kara za takie czyny ? Chyba teoria reinkarnacji tutaj się nisko kłania. Ile żyć za takie grzechy Bóg to wie.

  3. Nie mogę uwierzyć, że człowiek jest zdolny do takiego okrucieństwa! Boli, że to byli Polacy.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: