Ruki w wierch!


Rankiem 17 września 1939 roku Armia Czerwona ruszyła na Polskę realizując postanowienie paktu Ribbentrop-Mołotow, zakładającego wspólną likwidację państwa polskiego. Historię tę dobrze znamy i zapamiętamy na zawsze. Świadkiem tamtych dni był porucznik 5 Dywizjonu Artylerii Konnej Jan Kozielewski, późniejszy legendarny emisariusz Jan Karski. Prezentujemy fragment drugiego tomu „Inferno” bestselleru biograficznego „Jan Karski. Jedno życie” pióra Waldemara Piaseckiego podanego czytelnikowi przez oficynę wydawniczą Insignis.

Tytułem rozdziału jest rosyjskie wezwanie „Ręce do góry!” [Redakcja]

Nastała niedziela. Wykoncypowali, że będą szli lasami i wiejskimi drogami wzdłuż szosy tomaszowskiej i na bieżąco reagowali na rozwój wydarzeń. Ruszyli świtem 24 września. Przed dziewiątą natrafili na uciekającą z Tomaszowa rodzinę polskiego urzędnika. Opowiadał, że miejscowi Ukraińcy, część Żydów i Polacy „nawróceni na komunizm” mają zamiar stawiać… bramę powitalną dla spodziewanej od Bełżca Armii Czerwonej.

Na czele tych przygotowań miał stać lokalny szewc Żebruń. Wyjątkowa kanalia i zaprzaniec, jak zapewniali uciekinierzy, bez przerwy powtarzając jego nazwisko. Przewidywali, że zaraz zaczną się pogromy Polaków. Chcieli być jak najdalej.

Po dziesiątej grupa Dąbrowskiego znalazła się w okolicy Bełżca. Dotarli do rzeczki Krynicy dopływu Sołokiji. Zobaczywszy to na mapie, Kozielewski od razu przypomniał sobie, że nad Sołokiją leżał majątek teściów Rankowicza – Korczów, gdzie spędził wspaniałych kilka dni po promocji w SPRA. Było tam w linii prostej niespełna pięćdziesiąt kilometrów. Dałby wiele, aby cofnąć czas. Zastanawiał się, gdzie może być teraz jego przyjaciel Rankowicz.

Poruszali się leśną drogą zmierzającą w kierunku polany. Kozielewski dostał polecenie sprawdzenia, co na niej i w sąsiedztwie. Z mapy wynikało, że droga wzdłuż pól w kierunku. Poszli w dwóch. Po przejściu pół kilometra usłyszeli jakby warkot silnika. Wiedzieli, że rozwiązanie znajdą, kiedy dotrą na skraj lasu. Przylegała do niego nieregularna polana wzdłuż, której dłuższego boku biegła polna droga. Odgłosy dochodziły właśnie stamtąd. Widoczność ograniczały jednak drzewa. Warkot narastał. Nagle wyłonił się czołg. Był to sowiecki T-28 z charakterystyczną dość krótką lufą działa. Tuż za nim sunął drugi i trzeci. Pierwszy skręcał już na na polanę. Ile sił w nogach zaczęli biec do swoich. Zaczęli krzyczeć: „Sowiety pod lasem! Sowieckie czołgi podchodzą!”.

Sowieckie czołgi najeżdżają Roztocze…

„Rzucone przez Dąbrowskiego siarczyste »Kurwa mać!« definiowało sytuację. Natychmiast polecił porucznikowi Koziorowskiemu biec z kilkoma żołnierzami drogą w kierunku, z którego nadeszli, by sprawdzić, czy jest szansa odwrotu. Nie minęły trzy minuty, jak usłyszeli stamtąd terkot broni maszynowej. Okazało się, że w lesie są już sowieccy żołnierze. I wiedzą, że my też tu jesteśmy. Za chwilę jodłę o jakieś dwadzieścia metrów przed czołem ich kolumny roztrzaskał pocisk z czołgowego działa. Sowieci brali ich w dwa ognie. Zapewne chcieli też sprawdzić, czy będzie jakaś odpowiedź na wystrzał artyleryjski. Bateria ostatnią armatę straciła już dawno.

Karski:

– Oficerowie nerwowo naradzali się co dalej. Można było „uderzać” albo w jedną stronę na czołgi, albo w drugą na piechotę z bronią maszynową. Można też było szukać szansy uchodząc w las, z goniącymi Sowietami na karku. Nagle od strony polany pojawił się na drodze żołnierz w uniformie czołgisty machający białą szmatą. „Nie strzelajcie! Ja do waszego komandira…” – krzyczał mieszaniną polskiego i rosyjskiego. „Podchodź powoli!” – polecił Dąbrowski. Zbliżał się przypatrując się nam uważnie. Kapitan wysunął się dwa kroki w przód. Rosjanin stanął na baczność i zameldował: „Młodszyj lejtnant Naliwajko od komandira kapitana Sorokina” . „Kapitan Dąbrowski dowódca baterii” – usłyszał w odpowiedzi. Rosyjski podporucznik zapraszał go w imieniu swego dowódcy na rozmowę w sprawie „niedopuszczenia do walki obu oddziałów”. Do czasu powrotu Dąbrowskiego z rozmowy, sowiecki parlamentariusz miał pozostać z nami. Dowódca odszedł na stronę najwyraźniej nie chcąc, aby był słyszany przez parlamentariusza. „Idę. Jakby co, Koziorowski przejmuje dowództwo” – polecił kapitan. Ruszył przed siebie zostawiając pistolet i zabierając od wysłannika białą szmatę.

Czekaliśmy co będzie dalej obserwując wysłannika. Mimo że byliśmy w polu prawie miesiąc wyglądaliśmy dużo lepiej niż on. Miał poszarpany, poplamiony mundur. Znoszone buty. Nie golił się parę dni. „Zakurzyć panowie co macie?” – zapytał nieśmiało. Mimo że papierosów brakowało nam dramatycznie, ktoś go poczęstował. Przyjął z wdzięcznością. Przełamał, chowając jedną część do górnej kieszeni munduru. Drugą zapalił zaciągając się głęboko. „Można panów o coś zapytać?” – zwrócił się do Koziorowskiego zupełnie poprawnym polskim. „Pytaj”. „Czy Niemcy mają dobrą armię? Dobrze się biją?” – zapytał. „Są silni i mają dobrą armię. Macie szczęście, że nie poszli na was” – dodał porucznik. „Wojna nic dobrego. Nam ona niepotrzebna” – konstatował Ruski. Potrzebna była bez wątpienia Stalinowi.

Dąbrowski wrócił po półgodzinie. Parlamentariusz odmeldował się dziękując raz jeszcze za papierosa. Kapitan przynosił wieści, jakich spodziewaliśmy się. Sowiecki dowódca chciał, abyśmy złożyli broń. Jesteśmy okrążeni. Nie mamy szans skutecznej walki. Gwarantował traktowanie nas zgodnie z konwencjami.

Opowiadał, że Sowieci wkroczyli, bo polskie władze uciekły, a państwo przestało działać. Oni zaś muszą się troszczyć o „braci” Ukraińców i Białorusinów.

A tak to było na plakacie propagandowym. Ukraiński chłop namiętnie podaje swe usta sowieckiemu żołnierzowi, bo go wyzwolił od polskich panów

Dali kwadrans na podjęcie decyzji. Mamy ją przekazać parlamentariuszowi, który tu znowu przyjdzie. Do tego czasu nikt nas nie zaatakuje. W przypadku poddania broń mamy złożyć na polanie.

Słuchaliśmy tego z opuszczonymi głowami nic nie mówiąc. Nie tak miało być. Po trzech tygodniach wojny mieliśmy być na paradzie zwycięstwa w Berlinie, a nie na roztoczańskich polach, gdzie nas rozbrajają Sowieci. Byliśmy przybici rozmiarami wojennych zniszczeń i strat. Codziennym widokiem zabitych. Niemal codziennym grzebaniem poległych kolegów-żołnierzy. Widokiem rannych, ich przeraźliwym krzykiem lub błaganiem o dobicie. Chaosem i przypadkowością działań wojennych. Rozdzieleniem od reszty sił dywizjonowych. Brakiem łączności i ogólnie wiadomości o sytuacji nie tylko w walczącym kraju, ale nawet w sąsiednim miasteczku czy wsi. Chciało się wyć…

– Składamy broń, skoro nie słyszę żadnych innych propozycji. Trąbkę baterii ukryć w lesie. Wszystkim dziękuję za wspólną walkę i poświęcenie dla Ojczyzny. Da Bóg, jeszcze jej się przydać. Jeszcze Polska nie zginęła! – mówił kapitan Stanisław Dąbrowski.

Łzy popłynęły z oczu nie tylko mnie. Nadchodził parlamentariusz Naliwajko. Podszedł do kapitana. Ten oznajmił mu decyzję. Ustalili, że za dziesięć minut wyjdziemy na polanę.

Wyszliśmy w zwartym szyku. Oprócz trzech czołgów zobaczyliśmy żołnierzy w sile plutonu. Broń mieli skierowaną w naszym kierunku. Większość miała stare karabiny Mosina, ale kilku maszynowe karabiny Diegtiarewa z charakterystycznymi talerzami magazynków. Z lasu, tą samą drogą, która wyszliśmy, wysypywało się ich drugie tyle. Mijał dokładnie miesiąc od czasu, kiedy wyruszyłem na wojnę.

Dąbrowski i Sorokin podeszli do siebie i zasalutowali.

– Polscy żołnierze i oficerowie! Składajcie wszystką broń jaką posiadacie po lewej stronie polany tam, gdzie stoją trzej nasi żołnierze. Karabiny, pistolety i szable osobno. Żołnierze muszą oddać pasy i bagnety. Oficerowie mogą zatrzymać szable. Każda próba ukrycia broni będzie traktowana jako akt zdrady – zakomunikował sowiecki kapitan.

Jako pierwsi ruszyli Dąbrowski z Koziorowskim. Wyjęli z kabur swoje Visy i z rozmachem rzucili na ziemię. Poszliśmy w ich ślady. Obok sterty pistoletów rosły podobne karabinków Mausera, szabel i pasów. Wielu z nas zdążyło powyrzucać w las magazynki pistoletów i zamki karabinowe. Kilku posłało w krzaki połamane wcześniej szable. Byłem szczęśliwy, że ukryłem swoją „prezydencką”.

Już bezbronni, słuchaliśmy odezwy dowódcy frontu ukraińskiego generała Timoszenki napisanej i wydrukowanej po polsku, czytanej koślawo przez Naliwajkę, któremu język, przy polanie pełnej krasnoarmiejców, nagle się pogorszył. Słuchałem myśląc, że śnię:

– Za trzy minuty na drodze. Kierunek na lewo – zakomenderował Naliwajko, dodając, że kto chce może dostać ulotkę z odezwą.

Chętnych w nadmiarze nie było. Niektórzy sięgnęli po ostanie papierosy, aby pociągając przed marszem. Wyciągnąłem i ja. Naliwajko wlepił wzrok w moją papierośnicę. Podszedł do mnie z ulotką, niby że mi ją wręcza. Odbierając zadrukowana kartkę wcisnąłem mu w rękę papierosa.

– Zwiewaj przy pierwszej okazji – odezwał się czystą polszczyzną.

Zdumiony, udawałem pochłoniętego ulotką.

– Jesteś Polakiem? – zapytałem cicho.

– Z zesłańców. Brat też w czołgach. Bije Japońców z Żukowem- odpowiedział po cichu patrząc w przeciwnym kierunku.

– Jak masz na imię? – chciałem przedłużyć rozmowę.

– Matwiej. Po waszemu Maciej. A ty?

– Jan. Po waszemu Iwan. Ale Maciej dostałem na bierzmowaniu…

– Wiej, jak będziesz mógł… – powtórzył.

Odszedł. Nie widziałem go już więcej.

Jeden czołg wycofał się na drogę. Piechurzy, pokrzykując „Idi, idi…” dali znak do wymarszu. Ustawiliśmy się za czołgiem, a oni po obu naszych stronach. Za nami zajęły pozycje dwa pozostałe tanki. Kolumna ruszyła. Byliśmy jeńcami Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej.

Sowiecki plakat propagandowy ilustrujący sedno najazdu…

Ilustracje z książki.

Waldemar Piasecki


Ruki na wierch

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: