Uncategorized

Przestaliśmy się zastanawiać, po co nam życie. Skupiamy się tylko na tym, żeby było jak najdłuższe

Jan Hartman – profesor Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Jagiellońskiego, filozof i publicysta. Ostatnio opublikował książkę „Pochwała wolności”

Ilustracja Paweł KuczyńskiW narcystycznym społeczeństwie nie opłaca się dorastać, nie opłaca się brać odpowiedzialności, a w końcu nie opłaca się konfrontować z własną śmiertelnością.

Od dekad bioetycy debatują, ile może kosztować przedłużanie kończącego się życia i kiedy powiedzieć stop wydatkom, które pozbawiają leczenia innych, mogących bardziej na tym leczeniu skorzystać. Dzięki odważnemu poruszaniu tych drażliwych tematów w wielu krajach mamy dziś sprawiedliwe i czytelne procedury. Jednak dla współczesnego społeczeństwa ekonomiczne aspekty ratowania życia, podobnie jak kwestie zaprzestawania leczenia, tak zwanej uporczywej terapii, i odłączania urządzeń podtrzymujących funkcje życiowe, wciąż są niemalże tabu – poruszanie ich na gruncie publicznym, wychodzące poza rytualne zapewnienia o bezcenności życia ludzkiego, prowadzi do paniki moralnej.

Bioetyka jest dobrym, lecz niestety rzadkim przykładem skutecznego oporu profesjonalnych elit wobec społecznego lęku będącego symptomem dezorientacji aksjologicznej, w którą popadliśmy w czasach, gdy większości z nas jest już tak dobrze, że nie wiadomo, co by tu jeszcze wymyślić, a mimo to co rusz dopada nas melancholia, przed którą nie da się uciec na egzotyczną wyspę.

Regresja do dzieciństwa

Gdy nie wiadomo, co z życiem robić, przeciąga się je za wszelką cenę, aby tylko dać sobie szansę na to, że wreszcie coś ważnego się stanie i całe to życie nabierze sensu. W nowoczesnym społeczeństwie jakość przechodzi w ilość.

Skoro żyjemy bezpiecznie, skupiając się na przyjemnościach i dbaniu o siebie, to generalne pytanie: „po co?”, ulega wyparciu bądź otrzymuje zastępczą, prowizoryczną – aczkolwiek trwałą, jak to z prowizorkami bywa – odpowiedź: „żeby jak najdłużej!”.

Sprzyja temu lęk przed śmiercią, coraz silniejszy w narcystycznym społeczeństwie, w którym nie opłaca się dorastać, nie opłaca się brać odpowiedzialności, a w końcu nie opłaca się konfrontować z własną śmiertelnością.

Taka konfrontacja nie może się udać, jeśli się myśli, że życie to tylko przeżycia – bieg z przeszkodami, w którym gna się od przyjemności do przyjemności, sprawnie przeskakując przez płotki i rowy niepotrzebnych przykrości. Unikanie wszelkiego dyskomfortu, łącznie z umieraniem i myśleniem o śmierci, bardzo dobrze konweniuje z demokracją i rynkiem. Jedno i drugie wciąż nam dogadza i utwierdza nas w miłości własnej, a nawet w poczuciu wyjątkowości, które stało się wszak towarem masowym jak każdy inny.

Rozpuszczeni przez słodki szczebiot marketingu i obietnic polityków ulegamy regresji do dzieciństwa, bo trzeba być dzieckiem, żeby dobrze zrozumieć, co mówi nam wielka Mama, wciąż zapewniająca nas o swoim zrozumieniu i trosce, podtrzymująca nasze poczucie własnej wartości i zaręczająca nieodmiennie, że wszystko będzie dobrze, a nawet że śmierć jest nieskończenie daleko, a tak w ogóle to umieranie może być kolejnym „ważnym doświadczeniem”. W końcu nie na darmo od dwóch tysięcy lat marketing religijny wmawia ludziom, że wstaną z grobów cali i zdrowi. Tak rozpieszczeni stajemy się posłuszni, kupując wszystko, co Mama nam podpowie. Każde z nas idzie dziś przez świat, przytulając pluszowego misia, a prawo do dziecięcego płaczu jest ostatnim z odkrytych przez ludzkość praw człowieka.

System ma dziś twarz wielkiej bogini-matki i to Matka odpowiada za popyt na wybujałą produkcję towarów i usług. Od mamy prawdziwej różni ją tylko to, że za jej obiadki i prezenty trzeba zapłacić ciężką pracą „w firmie” i zabawnie skaczącymi cyferkami, które kiedyś były pieniędzmi. Nie potrzeba już groźnego ojca wołającego synów pod broń dla ratowania ojczyzny i pomszczenia dawnych krzywd plemienia – światowy pokój jest dla systemu bardziej opłacalny niż światowa wojna.

Lepiej już było

I to wszystko trwałoby sobie w najlepsze, gdyby nie wyczerpujące się zasoby. Rozpasana światowa klasa średnia do niedawna nie zaprzątała sobie głowy wodą, powietrzem, gazami cieplarnianymi, a przede wszystkim koloniami, korzystając bez skrupułów z zasobów naturalnych i taniej siły roboczej. Teraz to się zmieniło. Zasoby się kończą i nie widać żadnej wielkiej technologii, która pozwoliłaby wyrównać narastające deficyty kopalin oraz powstrzymać tragedię przegrzania planety. Za to wieści o dobrobycie dotarły już do każdego zakątka świata i żadne społeczeństwo nie chce już być rezerwuarem na wpół darmowej robocizny. Mordercza konkurencja wielkich korporacji i obniżanie marży zysku do ułamka procentu sprawiają zaś, że nie da się już dalej ciąć kosztów, a mniejsze firmy spychane są do rynkowych nisz, gdzie mogą się jeszcze przez jakiś czas utrzymać wyższe ceny. Słowem, lepiej już było. Rozpieszczone społeczeństwo globalne może rzucić misia na ziemię i tupać nóżką, a może też wziąć się w garść i wydorośleć. Nikt nie wie, co się wydarzy.

Władza jest jak chmura

Za to młodzi wiedzą, że są pierwszym w historii nowoczesnej pokoleniem pozbawionym ekscytującego poczucia, iż urodzili się w najlepszej epoce, a ich życie będzie pełniejsze i bogatsze niż życie ich rodziców i dziadków. Zacięło się.

Mierne perspektywy w połączeniu z rozbuchanymi oczekiwaniami i aspiracjami ludzi uczonych od dziecka, że „świat należy do nich” i „stoi otworem”, dają potężną frustrację.

Co gorsza, nie można jej wykrzyczeć i ulżyć sobie buntem, gdyż nie wiadomo, przeciwko komu konkretnie należałoby się buntować. Zostały już tylko marne resztki z wielkich zasobów paliwa przemian społecznych epoki nowoczesnej, czyli nierówności i niesprawiedliwości. Dzieje emancypacji – walki o godność, wolność i równość – dobiegają końca. Jeszcze gdzieś pobiją Afroamerykanina albo geja, lecz tylko patrzeć, a i to się skończy.

Sens rewolucji, który przydawał powagi i godności życiu społecznemu w ciągu ubiegłego pół tysiąca lat, wyczerpuje się. Zostaje życie prywatne, pełne komfortu i przyjemnych aktywności, które pozwalają tworzyć iluzje bezpieczeństwa i miłości.

System nie chce już być opresyjny – mebluje i dekoruje nam życie, a my chętnie zostajemy w tych dekoracjach, buntując się tylko na niby i bezpiecznie, czyli pisząc posty w mediach społecznościowych.

Nie bardzo już odróżniamy reportaż od fikcji – po prostu są filmy do obejrzenia. Niektóre opowiadają o problemach społecznych i protestach, a inne o pięknie naszej zagrożonej planety. Oglądamy, „lubimy”… I tyle. Strefa komfortu nietzscheańskiego „ostatniego człowieka” w krajach Zachodu rozciąga się bez końca i, doprawdy, nie wiadomo, gdzie szukać winnych zamknięcia nas w złotej klatce bez prętów i drzwiczek. Nie wiadomo, kogo obrzucić zgniłymi jajami za globalne ocieplenie.

Bo władza jest dziś jak chmura – rozproszona, nieokreślona, ruchliwa, trudna do zidentyfikowania. Spełnia się proroctwo Deleuze’a i Guattariego z książki „Tysiąc plateau” – w futurologii jesteśmy więc świetni, choć niewiele z tego na razie wynika. Czy robić sobie fotki z protestów pod Białym Domem, czy może przed siedzibą Google’a? Jedno i drugie jest trochę na niby i trochę bez sensu. Bo ani USA, ani Google… Choć przecież i USA, i Google…

Wychować maszynowego nadczłowieka

Nie wiemy, kto to wszystko nam uczynił. Pozostaje tylko jakoś tak ogólnie alarmować i wzywać do większej odpowiedzialności za planetę i za przyszłe pokolenia, jakkolwiek niewiele to daje, skoro wszyscy skwapliwie zapewniają, że się, owszem, troszczą, lecz nikt – ani protestujący, ani rządy – nie ma dobrego planu działania. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku, wykonując rytualne gesty, stosownie do zajmowanej pozycji: dziś na urzędzie „panujemy nad sytuacją”, a jutro na chodniku wrzeszczymy: „Obudźcie się!”. Tyle że nikt nie strzela, więc nic nie dzieje są naprawdę. Produkujemy kolejne filmiki, a czas leci.

Sprawy zaszły za daleko, żeby najpotężniejsze nawet gremia, takie jak zarządy globalnych korporacji czy rządy wielkich mocarstw, same mogły wiele zmienić. Musimy poczekać na historię, czyli na ewolucję systemu. A on nie odkrywa przed nami kart. I nie odkryje, bo partnerem dla niego już dziś stają się algorytmy sztucznej inteligencji. To ona zadecyduje, ile zostanie z „człowieczeństwa”, które z takim mozołem wypracowaliśmy sobie przez stulecia emancypacji.

Jeśli chcemy przetrwać jako ludzkie osoby wzajemnie się uznające w swej godności, podmiotowości moralnej, rozumności i autonomii, to musimy nakarmić algorytmy tymi wartościami, które sprawiają, że nasze życie jest ważne i cenne niezależnie od tego, czy trwa długo, czy krótko oraz czy napędza koniunkturę, czy też mało w nim przeliczalnej na wartości ekonomiczne produktywności i konsumpcji. Tylko wtedy, gdy potężne systemy nadzoru i regulacji, które właśnie tworzymy, będą nas „szanować”, czyli chronić i dawać priorytet „opcjom” uwzględniającym wartości, które się realizują w naszej egzystencji, możemy przetrwać jako ludzkość. W przeciwnym razie wyemancypowany i niepoddający się już ludzkiej kontroli maszynowy nadczłowiek uczyni z nas bardziej czy mniej potrzebną mu niewolniczą biomasę.

Jak sobie dziś tego małego nadczłowieka wychowamy, tak nas będzie traktował, gdy dorośnie, a my staniemy się już ludzkością emerytowaną. Mamy na to zaledwie kilka dekad, bo „bios” przyszłych autonomicznych i uczących się systemów informatycznych programiści piszą właśnie dziś. I zostanie on w chmurze jako rdzenna „osobowość” i „język maszynowy” sztucznej inteligencji na bardzo długi czas. Biada nam, jeśli „optymalizacja” będzie dla maszyn jedynie rachunkiem prawdopodobieństwa i logistyką matematyczną nastawioną na generowanie wartości ekonomicznej, oszczędzanie energii i czasu. Jeśli nie uda się nam zachować godności życia w takim stopniu i skali, żeby żadna maszyna nie mogła nam zastąpić ojca ani matki, żony ani męża, przyjaciół, poetki i kompozytora, to możemy pożegnać się z historią człowieka na Ziemi. Dziś walka toczy się nie tylko o planetę, lecz także o cały nasz gatunek. I nie chodzi w niej o fizyczne przetrwanie, które nie jest zagrożone, ale o przetrwanie człowieczeństwa.

Nikt nie czeka na rewolucję

Naszą sytuację utrudnia dekoniunktura na cnoty heroiczne. Poświęcenie, ideowość, nonkonformizm są znakomite do podziwiania w kinie, lecz nie możemy ich na poważnie praktykować w sytuacji, gdy mamy tak wiele do stracenia i prowadzimy tak przyjemne życie. Oddanie się ryzykownej i trudnej aktywności nie spotka się z uznaniem większym niż działalność wynikająca z bezpiecznego uspołecznienia mieszczącego się w ramach wyznaczonych przez zasady oportunizmu i konformizmu. W gruncie rzeczy nikt nie czeka dziś na rewolucję – nawet rewolucjonista musi być profesjonalnym produktem mającym sztab i zaplecze producenckie. Sine pręgi na plecach pobitego Białorusina to mniej więcej granica tego, co jesteśmy gotowi zaakceptować. Lajk, pięćdziesiąt złotych na „szlachetny cel”, godzina na ulicznej demonstracji raz na pół roku – to miara naszego aktywizmu.

Nie wierzymy w swoją sprawczość i nie chcemy ryzykować w sprawie, której nawet nie umiemy nazwać. No przecież Sprawą (to termin Hegla) nie jest już ani wolność, ani wiara.

Jesteśmy stanowczo zbyt refleksyjni i zbyt zepsuci, aby na serio brać wielkie ideały, nie mówiąc już o plemiennych wierzeniach. Na serio bierzemy tylko swoje prywatne interesy – nasze dochody, mieszkania, partnerów, psy i koty.

Kto śmielej sięga po zasoby, czyli żyje pełnią życia, ten otrzymuje od życia premię. Delikatność uczuć, pokora, wstydliwość i dobre wychowanie zdecydowanie przegrywają z trywialnością, ironią i pewnością siebie. Pospolitość w inteligentnej masce szydercy bardziej przebija się na rynku i w towarzystwie niż subtelność i kultura. Popisuj się i daj się popisywać innym – tak brzmiałaby zaktualizowana wersja słynnego liberalnego powiedzonka. Afirmacja oferowana wszystkim obecnym i resentyment w stosunku do nieobecnych odszczepieńców naruszających nasze poczucie wspólnoty opartej na totalnej wzajemnej akceptacji to zasady współżycia obowiązujące dziś w centrach wielkich miast.

Ucieczka z matriksu jest możliwa

Zwycięstwo filisterskiej trywialności i fałszywej miłości powszechnej (która „nikogo nie wyklucza”) oznacza, że agresja ulatuje nie wiadomo gdzie i nie poddaje się żadnej kontroli.

Wykluczenie może spotkać każdego. Każdy może zostać napiętnowany i popaść w infamię – bez prawa do odwołania. Kto bowiem się tłumaczy, ten widocznie ma z czego. Kto się skarży, ten jest słaby. Kto stracił twarz, ten nie może jej już odzyskać. Wyroki społeczności powszechnej inkluzji i miłości są tak samo surowe jak archaiczne plemienne banicje.

Dlatego pomimo obezwładniającego komfortu rządzi nami lęk. Każdego dnia świat każdej i każdego z nas może się załamać.

Dając sobie prawo do zajmowania centrum własnego świata, obawiamy się, że w chwili próby nikt z niczego nie zrezygnuje dla nas. Bo czy sami moglibyśmy się dla kogoś poświęcić?

To przerażające odkrycie, że żyjąc wygodnie, żyjemy tylko dla siebie, a więc zawsze i nieodwołalnie sami, sprowadza na nas panikę i depresję. Wszyscy jesteśmy na antydepresantach albo zaraz będziemy. Tego nowego wspaniałego świata nie da się wytrzymać – zwłaszcza zaś w czasie, gdy z powodu jakiejś absurdalnej epidemii jest on akurat w gorszej formie. To tak, jakby telewizor zaczął naraz śnieżyć albo telefon stracił zasięg. Na to, że nasz światek ma cienkie ściany, nie można się uodpornić. To jest niebywały skandal – niemalże jak sama śmierć.

A jednak możliwa jest ucieczka z matriksu trywialności i narcyzmu. Są tacy, których faszyzm rynku, faszyzm technologii, technokracji, biopolityki i systemowego narcyzmu nie jest w stanie wciągnąć w swoje bezlitosne tryby. O tej cudownej możliwości opowiada niezwykły serial „Czarne lustro” (Netflix). Każdy z odcinków mówi o nowych technologiach i tkwiącym w nich faszystowskim potencjale, a jednocześnie jest opowieścią o miłości, która wszystko zwycięża. Miłości, której żadna sztuczna inteligencja nie jest w stanie przekalkulować i wmontować w swoje systemy kontroli i wygenerowane przez siebie „rozszerzone rzeczywistości”.

Morał płynący z tych przypowieści powiada, że z każdej matni są co najmniej dwa wyjścia: miłość albo śmierć. A że kochanie jest gotowością oddania życia, zaś śmierć jest zwycięstwem dla kochającego, żaden terror ani przebiegłość systemu nie mogą dosięgnąć kochanków. Są nieprzekupni. Superbohaterka toczy beznadziejną walkę z robotami w ostatnich dniach ludzkiego świata w imię okruchu człowieczeństwa, który chce ofiarować nie swojemu dziecku.

Kochający się ludzie wychodzą z systemu kontroli i kontrolowanej rozszerzonej rzeczywistości, dokonując transgresji poprzez miłość.

Ale też: przeciętny i niewinny młody człowiek spotyka cud miłości, który okazuje się cyfrowym oszustwem i morderczą pułapką. Ktoś, buntując się, spada na dno w faszystowskim systemie społeczeństwa przesytu opartym na wzajemnym ocenianiu się i kontroli, by dopiero tam, pośród niemających już nic do stracenia, znaleźć człowieczeństwo i miłość.

Mądrość mówiąca, że nawet podlegając totalitarnej kontroli, można być wolnym, jeśli się kocha i jest się gotowym na śmierć, nie jest odkryciem naszych czasów, lecz wymaga dostosowania do naszych warunków życia, czyli postępującej „wirtualizacji” naszego doświadczenia, które w coraz większym stopniu jest efektem multimedialnej kreacji i grą. Jest czymś niesamowitym, że do zrozumienia tej sytuacji przygotowali nas filozofowie, a wyjaśnianiem tych nieprostych zagadnień szerokiej publiczności zajęli się twórcy filmowi.

Uratuje nas tylko miłość

Sprawa znana jest w filozofii pod nazwą transcedentalności. Otóż Kartezjusz odkrył na początku XVII wieku, że nawet gdyby nasz umysł był w pełni kontrolowany z zewnątrz, jego poczucie siebie wcale by nie zniknęło. „Ja” istnieje, dopóki cokolwiek przeżywa – nawet zupełne iluzje. A skoro istnieje, to zawsze jest w jakiejś mierze wolne. Może na przykład podawać w wątpliwość, czy świat wokół niego jest prawdziwy. George Berkeley chwilę później wtrącił swoje trzy gorsze: to, że świat jest dla nas prawdziwy i ważny, nie wynika z tego, że jest czymś twardym i ciężkim, co istnieje poza naszymi głowami. Może sobie być nawet tylko strumieniem przeżyć w umyśle – byleby był poważny, wartościowy, spójny. Zdaniem Berkeleya tak właśnie jest – jesteśmy sterowani z zewnątrz, świat jest tylko w naszych głowach, lecz nic złego z tego dla nas nie wynika, gdyż steruje nami ni mniej, ni więcej, lecz sam dobry Bóg.

Jeśli już to mamy, to bez trudu zrozumiemy, co to jest transcendentalność. Najkrócej mówiąc – to zniesienie różnicy między rzeczywistością a iluzją, bo prawda, dobro i piękno obywają się bez tej dychotomii.

Świat jest rzeczywisty nie dlatego, że jest „materialny” czy „na zewnątrz”, lecz dlatego, że jest racjonalny, etyczny i piękny.

Trzysta lat zajęło filozofom dogłębne przemyślenie tego odkrycia. Dziś dzielą się nim poprzez popkulturę i takie filmy jak serial „Czarne lustro”. To wielka satysfakcja dla nas, filozofów, że dotarliśmy z tak ważnym przekazem.

Otóż wielkie wartości i miłość, która z nich czerpie swą przemożną siłę, zajmują pozycję transcendentalną. Ktokolwiek kontroluje świat i nadaje mu sens, musi się z nimi liczyć – zarówno Bóg, jak i złośliwy demon sztucznej inteligencji, który chciałby być jak Bóg.

Jeśli zachowamy wiarę w dobro, prawdę i piękno, a dzięki temu zdołamy utrzymać miłość między nami, żaden technologiczny faszyzm nie może nas dosięgnąć.

Bo kochać można zarówno w samej głębi sztucznie wykreowanej i totalnie sugestywnej rzeczywistości wirtualnej – podanej wprost do naszych mózgów – jak i w świecie najzupełniej analogowym, pozbawionym wszelkiej elektroniki i zaczarowanym jedynie przez mity i opowieści starców.

Dlatego to nie system dyktuje kochankom transcendentalne warunki, lecz oni mówią mu: „co najwyżej nas zabijesz, lecz miłości nam nie odbierzesz”. I taka jest transcendentalna tajemnica bytu. W strasznych czasach, które nadchodzą, uratować nas może tylko miłość. Niech tak się stanie.


Przestaliśmy się zastanawiać, po co nam życie. Skupiamy się tylko na tym, żeby było jak najdłuższe

Kategorie: Uncategorized

3 odpowiedzi »

  1. MEF ja skomentowałam tylko sam tytuł artykułu, przez calosc nie przebrnęłam gdyz za długa i podejrzanie zawiła. Gratuluje ci wytrwałości, ja wymieklam połowie…😉

  2. EK:
    Żydzi życzą do 120 w dobrym zdrowiu. A częste jest życzenie „Do 120 jak do 20”. Tobie też.

    Ten dyskurs nie bierze pod uwagę ludzi wierzących i praktykujących, którzy w ogóle nie mają problemu z celem życia. A mam poczucie że ich jest dalej niemało.
    Aby mieć cel życia nie trzeba być nawet wierzącym, ale członkiem funkcjonującej rodziny. Czy w wieku 30 lat, czy w wieku 100.

    Mam jeszcze sporo innych zastrzeżeń do tego artykułu, jak np. katastroficzny wizerunek świata o rosnącej populacji i malejących zasobach. Wizerunek maltuzjański, godny rasistów z „Klubu Rzymskiego”.(Kto nie wie o czym piszę, może sprawdzić na Internecie). Wizerunek naiwny, spaczony i niezgodny z faktami i tendencjami demograficznymi.

    Centralnym i praktycznie jedynym zasobem ludzkości jest ludzkość. To ona jest odpowiedzialna za zapewnienie poziomu życia i poziomu systemu zdrowotnego.
    To nie kopaliny i zasoby naturalne są odpowiedzialne za dobrobyt, ale ludzie którzy go tworzą swoją pracą i myślą.

    Krytycznie niska dzietność, zjawisko które jest dzisiaj powszechnie we wszystkich cywilizacjach, ale przede wszystkim w cywilizacji zachodniej, nie prowadzi do rozkwitu, ale do spadku poziomu życia i ewentualnie do spadku poziomu opieki lekarskiej.

  3. Tytul artykułu bardzo trafny.
    Bo zamiast życzyć ludziom po 120 lat, czyz nie lepiej życzyć im zycia pełnego sensu, milosci i dobrego spełnienia ?
    Aby odeszli ze świata bez cierpień i w godności, pożegnawszy się spokojnie z najbliższymi.
    I pozostawili po sobie jakiś trwały ślad na tej ziemi a dobra pamiec u ludzi.
    I tego życzę nam wszystkim

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.