Ucieczka z piekła cz .16

ZAKOŃCZENIE TUŁACZKI

Ostatni odcinek wspomnien Henka Grengarsa 98 lat

Pozostało niewiele czasu do wyjazdu. Kupiliśmy kosz, żeby zapakować bagaż do wysłania okrętem. Dostaliśmy listę rzeczy, które wolno nam zabrać. Całe życie, tyle pokoleń… A teraz  mogliśmy zabrać:  2 koszule, 2 prześcieradła, 2 poduszki  i kilka innych drobnostek, a resztę  zostawić. Spedytor na cle musiał otworzyć kosz i wszystko przeszukać, i dopiero wtedy zaplombowano bagaż. Kosz ten dotarł dwa miesiące po nas do Izraela.

Pewnego dnia spotkałem znajomego, który znał historię moich rodziców. Opowiedział, że w 1940 roku dostali nakaz wysiedlenia z Krakowa do miasta Częstochowy. Stamtąd  zostali przewiezieni do Tarnowa, i  tam zginęli w Akcji, w święto  Szawuot, w 1941 roku.

 

Teraz opowiem, co się stało z innymi ludźmi, o których wspominałem wcześniej.

Rodzina Rotenberg: Dudek zaczął zajmować się handlem walutą, został zaaresztowany w 1950 r., skazany na 10 lat, przesiedział 3, zwolniono go w ramach amnestii, w końcu wyjechali do Wiednia.

Tato Kremler i jego syn Zyga: Zyga ożenił się w Krakowie, miał syna, wyjechał z rodziną do Australii. Tato Kremler wyjechał do Izraela, po jakimś czasie popełnił samobójstwo.

Dr Tamara Zuskin–Platt: wyszła za mąż za Samka-Samuela (Stanisława) Gryniewskiego. Żyli i pracowali w mieście Łodzi. Samek był sędzia piłki nożnej. 15 listopada 1951 roku  zginął w katastrofie samolotowej w czasie lotu do Krakowa. Tamara przyjechała do Izraela  i ponownie wyszła za maż  za Izaaka Platta,  mieszkała w Sawjonie, jej syn Beniamin, skończył medycynę. Mąż zmarł, Tamara pracowała w największym izraelskim  szpitalu Tel HaShomer koło Ramat Gan. Syn po skończeniu stażu wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Byliśmy w kontakcie, aż nagle zniknęła, wyjechała do syna.  22.07.2014 przeglądam gazetę, a tam klepsydra- pogrzeb Tamary w Sawjonie.

 

Dr Jonatan (Janek) Anin Anisfeld, brat Lusi, po demobilizacji z wojska izraelskiego był dyrektorem oddziału chorób płucnych i psychicznych (dla nicolej szoa- ocalałych z Zagłady) w szpitalu Newe-On w Bene-Berak. Ożenił się i  miał córkę Simonę. Zmarł w 1969 roku.

 

Dr Zygfryd (Zalko} Fligelman, kolega Janka,  po demobilizacji pracował w szpitalu psychiatrycznym Mazra w Akka,  był dyrektorem szpitala, po jego śmierci szpital nazwano jego imieniem. Miał córkę Ruti Tal i syna prof. Mosze Fligelmana.

Dr. Becio Hirsz po demobilizacji pracował w szpitalu Hadassah w Tel-Awiwie, potem był dyrektorem tego szpitala.

Dr. Karol Szajn przyjechał w 1957 do Izraela, był dyrektorem szpitala Rothschild w Hajfie.

Z moim wujkiem z Krasnojarska straciłem kontakt po wyjeździe ze Związku Radzieckiego. Szukałem jego córek, ale nigdy ich nie odnalazłem.

 

W  ostatnią sobotę przed naszym wyjazdem  w mieszkaniu zebrali się najbliżsi koledzy na spotkaniu  pożegnalnym. Anita płakała, bo była bardzo przywiązana do Lusi I Ani.

W następnym tygodniu wyjechałem do Warszawy załatwić wszystkie formalności, a następnego dnia rano mamy stawić się na dworcu kolejowym. Poszedłem do Ambasady Izraela, tam otrzymałem dokumenty, które zaniosłem do Ministerstwa Spraw Zagranicznych.  Musiałem podpisać, że zrzekamy się  obywatelstwa polskiego, ale to była nieprawda. Nigdy bym się dobrowolnie nie zrzekł, jednak  bez tego nie dostalibyśmy pozwolenie na wyjazd. W Warszawie poszukałem hotelu, zostawiłem walizkę w pokoju i zatelefonowałem do Lusi,  że wszystko załatwione, i mogą przyjechać nocnym pociągiem, który będzie o 9 rano w Warszawie. Odjazd naszego transportu miał być o godzinie 13.

Rano pojechałem na dworzec, ale pociąg miał opóźnienie. Oprócz Lusi i Ani przyjechali też, pożegnać się,  Hela, Kuba i Anita. Od razu przeszliśmy na peron gdzie był podstawiony eszalon przeznaczony dla nas.

Najpierw skontrolowali nasze dokumenty ludzie z Ambasady, później  urzędnicy polscy. Wskazali nam przedział, położyliśmy nasze 2 walizki.  Wagon nie był ogrzany, a to był  styczeń, więc  zimno było bardzo. Kuba pobiegł do bufetu, kupił gorąca herbatę i bułki. Wagony się zapełniły, zbliżała się godzina odjazdu, wszyscy płakali, i w końcu musieliśmy się pożegnać. Do naszego przedziału już nikt więcej nie wsiadł. Pociąg ruszył. Ania zmęczona usnęła (miała trzy i pół roku), Lusia też była wykończona po nocnej jeździe, i gdy  w wagonie się nagrzało, położyła się na wolnej ławce i zaraz usnęła. W nocy  dojechaliśmy do stacji granicznej- Zebrzydowic. Do pociągu weszli celnicy, skontrolowali dokumenty i kazali nam  wziąć wszystkie rzeczy i  zanieść do hali, gdzie miała odbyć się  do kontrola bagaży. Poprosiłem,  żeby Lusia i Ania mogły zostać w wagonie, ale się  nie zgodzili. Kontrola była ostra, odebrali nawet złoty medalionik  z łańcuszkiem z szyi Ani, pierścionek złoty z palca Lusi i czajnik elektryczny. Ułożyliśmy znowu rzeczy, powkładaliśmy  do walizek i wróciliśmy do wagonu. Kontrola wszystkich  trwała do rana. W końcu pociąg ruszył. Kiedy przejechaliśmy  granicę ludzie w pociągu zaczęli śpiewać Hatikvę,  i śpiewali, aż dojechaliśmy do kontroli po stronie czeskiej. Tu sprawdzili nam tylko  dokumenty.

Mięliśmy ze sobą jedzenie i w termosie ciepłą kawę. Chcieliśmy trochę się odświeżyć ale do toalet była długa kolejka. Trasa naszej podróży to  Czechosłowacja, Austria i Włochy. Pamiętam z tej jazdy, że przejeżdżaliśmy przez ośnieżone góry, a na stacjach stali ludzie z nartami. Kiedy pociąg się zatrzymywał  policja pilnowała aby nikt  nie wysiadał z pociągu.  Tak dojechaliśmy do Wenecji. Po kilku godzinach czekania w zamkniętych wagonach nastąpił kolejny etap podróży. Promami przewieziono nas  na wyspę    Poveglia niedaleko Wenecji. Umieścili nas w wielkiej auli w klasztorze. Rozłożyliśmy się na pryczach, obok nas rodzina Mendlerów z Krakowa. To był adwokat z żoną i dziesięcioletnim  synem. Przebywaliśmy tam 7 dni. Pierwszego wieczora  zakonnice przyniosły nam kolację- zupę, ryby i biały chleb. Byliśmy potwornie zmęczeni, nieumyci od czasu wyjazdu z Polski, poszliśmy spać w ubraniach nie zdejmowanych przez całą podróż. Rano rozbudzono nas z okrzykiem „colazione” co  po włosku znaczy śniadanie. Zaraz usłyszeliśmy jakieś wesołe okrzyki, okazało się, że w nocy spadł śnieg, a  tu  jest to niebywała  atrakcja. Nareszcie otworzyli nam łazienki, mogliśmy się rozebrać i umyć.  Szliśmy grupami,  ale mimo to, po tylu dniach bez kąpieli, to było bardzo odświeżające. Po południu  tam stał przedstawiciel Sochnutu- Agencji Żydowskiej, mówiący po polsku i wytłumaczył nam, że teraz czekamy na okręt SS Galila. Musimy być cierpliwi, bo  to może potrwać nawet tydzień. Dostaniemy tu trzy razy dziennie skromne jedzenie, a dla dzieci będzie mleko. Posiłki składały się z chleba  kukurydzianego, zupy, ryżu, makaronu, czasami były też  ryby, do picia dostawaliśmy herbatę. Po dwóch dniach takiego jałowego czekania zorganizowała się grupa 10 osób. Nie wolno nam było oficjalnie opuszczać klasztoru, ale  znaleźliśmy gondoliera, który przewiózł nas na Lido.  Stamtąd, wąskimi uliczkami prowadził nas na Plac Świętego Marka, i dalej do różnych sklepów. Ponieważ opowiadali, że w Izraelu brakowało cebuli i czosnku kupiłem zapas, pomyślałem przy okazji, że może uda mi się go dobrze sprzedać. Weszliśmy też do restauracji, kupiłem dwie porcje makaronu z mięsem, który zabrałem na wyspę. Jedną porcję dałem rodzinie Mendlerów, a drugą zjedliśmy. Był bardzo smaczny, szczególnie po kilku dniach suchego jedzenie. Niestety, już więcej nie udało się nam wykraść do Wenecji. Piątego dnia  bezczynnego siedzenia, pomimo że spacery po pięknym ogrodzie uspakajały człowieka, to niepewność, kiepskie jedzenie, złe warunki higieniczne i twarde prycze spowodowały, że ludzie zaczęli się buntować. Urzędnicy z Sochnutu przyrzekali codziennie,  że okręt jest już w drodze. Wreszcie na siódmy dzień przypłynął okręt z flaga Israela.  Rozpoczął się załadunek. Weszliśmy na pokład, przywitał nas młody, wysoki i opalony człowiek w mundurze, to kapitan okrętu, Żyd.  Obok niego kilku marynarzy, też  Żydzi. Kapitan witał się z każdym, podawał  rękę  i mówił: „Szalom Bruchim Ha-Baim”, „Witajcie, Błogosławieni Przybysze”. Delegat Sochnutu pytał czy rozumiemy. Kapitan wziął Anię na ręce, ale ona się rozpłakała. Przywitanie było wspaniałe, później jednak kazali nam zejść na dół, pod pokład. Okręt Galila był jednym z okrętów, które w czasie wojny przewoziły żołnierzy z Ameryki do Europy.  Weszliśmy, a tam wielka hala, trzypiętrowe prycze, ciasno, dość ciemno. Ludzie wybierali miejsca ale nie było wielkiego wyboru, walizki stanowiły odgrodzenie miedzy sąsiadami.  Z jednej strony mieliśmy  rodzinę Mendlerów, a z drugiej starszego, samotnego mężczyznę. Miejsce przypominało wagony na Sybir z tą różnicą, że wtedy jechaliśmy do niewoli, a teraz na wolność. Nagle słyszymy komunikat, proszą wszystkich żeby wyjść na pokład.  Wytłumaczyli nam,  że podróż potrwa kilka dni, ale że jest zła pogoda, są burze, mocny wiatr, więc musimy być  przygotowani na mocne kołysanie. A teraz, zapraszają do sali jadalnej, tam będziemy dostawali  3 razy dziennie posiłki. Weszliśmy do olbrzymiej sali, a tam, na stołach  pomarańcze, mandarynki, oliwki i chleb. Po zupę i ryż staliśmy w kolejce. Jeszcze w jadalni poczuliśmy, że okręt powoli zaczyna wypływać z portu, wyszliśmy więc na pokład i tak staliśmy patrząc na znikający ląd, aż wypłynęliśmy na pełne morze. Zbliżał się wieczór, zeszliśmy na dół i  ułożyliśmy się do spania. Nocą poczułem silne kołysanie, od którego zaczynaliśmy mieć mdłości. Rano wstałem z uczuciem, że kręci mi się w głowie, to samo miała Lusia, Ania na razie nie skarżyła się na nic .To były pierwsze objawy morskiej choroby. Z trudem wdrapaliśmy się do jadali. Było dużo mniej osób niż w czasie kolacji.  Nie wszyscy dali radę wstać,  gdy człowiek leży ma słabsze zawroty głowy. Doszedłem do burty, fale dochodziły prawie do pokładu więc marynarze zabronili nam dochodzić do barier. Wobec tego poszliśmy do czytelni, tam oglądaliśmy piękne albumy z Izraela. Były też gazety w języku hebrajskim, angielskim i gazeta Omer, w której były litery i znaki hebrajskie, tak że powoli mogliśmy czytać, bo w organizacji w Krakowie uczyliśmy się hebrajskiego. Ania się nudziła, nie było dla niej żadnych atrakcji, w końcu znalazły się dwie dziewczynki, i chociaż nie  umiały po polsku, to bawiły się razem. Tak przeszedł czas do obiadu, idąc do jadalni widzieliśmy, że niebo się bardzo zachmurzyło, spodziewaliśmy się burzy. Obiad podobny do śniadania, mogliśmy wyciskać  sok   z pomarańczy i to było wspaniałe. Zeszliśmy na prycze, już bardzo dużo ludzi nie poszło na obiad bo kręciło im się w głowach.  Był zaduch i zapach nieprzyjemny, podejrzewałem, że ludzie nie dawali już rady chodzić do ubikacji na pokładzie, i robili pod siebie. Nasz sąsiad przestał się odzywać, miał ponurą minę, nie odpowiadał na pytania tylko kiwał głową.

Dopiero wieczorem ze wstydem opowiedział, że kiedy stał przy burcie poczuł mdłości i  zwymiotował razem z  protezą.  Padał deszcz, wiał wiatr a okręt  bardzo się kołysał. Już nie poszliśmy na kolację, położyliśmy się i zasnęliśmy. Jakość doczekaliśmy do rana ale teraz musimy iść się umyć i do toalety. Z trudem, przy pomocy rodziny Mendlerów wyszliśmy na pokład. Lusia bardzo cierpiała, miała okropne zawroty i mdłości. Pomogłem jej się umyć, a  pani Mendlerowa umyła Anię. Później Mendlerowie wzięli Anię do stołówki, a ja zaprowadziłem Lusie na pryczę i wróciłem do Ani. Sala jadalni była prawie pusta, my też zjedliśmy bardzo mało, zabrałem dla Lusi sok z pomarańczy, herbatę i białą bułkę. Nie pamiętam czy cos tknęła. Cały czas leżała, oprócz tego, że udało mi się wyciągnąć ją do toalety. Wydaje mi się, że czwartej nocy rozpoczął się sztorm.  Okręt kołysał się na obie strony tak, że bałem się że spadniemy z pryczy. Myślałem, że to koniec. Marynarze zeszli do nas i uspakajali ludzi. Mówili, że jesteśmy niedaleko wyspy Krety, że tutaj zawsze okręt bardzo się kołysze, nawet jak nie ma burzy. Czekałem do rana, nabrałem odwagi i chciałem  wyjść, ale fale były już na pokładzie. Później marynarze przynieśli herbatę, chleb, owoce i dla dzieci mleko, ale ludzie oprócz picia nie mogli nic jeść. Piątego dnia dowiedzieliśmy się, że jutro rano będziemy widzieć brzegi Izraela. Morze się wreszcie uspokoiło, wyszedłem na pokład. Oddychałem świeżym powietrzem, później wyciągnąłem Lusię na pokład, położyła się na ławce, bo nie mogła stać.

W tym czasie, pani Mendlerowa opiekowała się Anią. Wzięła ją do jadalni, a ja zaniosłem Lusi picie.  Tak doczekaliśmy piątego dnia rano. W oddali pojawiły się jakieś góry. Powoli, powoli zbliżamy się, ale nie możemy zrozumieć dlaczego wszystko jest białe. Okazało się, że w nocy spadł śnieg, i dotarł nawet  to Tel-Awiwu. Na razie okręt stał poza portem. Później podpłynęły do nas motorówki, na pokład wyszli urzędnicy celni, zaczęła się rejestracja. Trwało to cały dzien. W nocy poczułem, że okręt się rusza. Holowali nas do portu. Wyszliśmy na pokład, a przed nami góry ośnieżone jak w Europie. W południe słyszymy po hebrajsku „Miszpachat Gringras lageszet le raw chowel!” „Rodzina Gringrasów jest proszona do Kapitana!”, zrozumiałem i pobiegliśmy do kapitana. A tam-stoją Janek i Zalko. Okazało się, że otrzymali pozwolenie na wejście na okręt. Witaliśmy się, całowaliśmy  i umówiliśmy się, że nazajutrz gdy zejdziemy na ląd, oni  zabiorą Anię, a my pojedziemy do obozu przejściowego.

  Cały dzień upłynął na różnych procedurach, informacjach, pakowaniu walizek. Po przespanej nocy, wcześnie  rano jako jedni z pierwszych zeszliśmy z pokładu. Na lądzie znowu sprawdzono nam dokumenty, a później obsypano nas białym proszkiem. Wskazano nam autobus, do którego mamy wsiąść. Po drodze oddaliśmy Anię Jankowi, ale  ona tak płakała, że Janek zaczął się  bać, że policja go zatrzyma. Razem z Lusią pojechaliśmy do obozu Szar alija.

Tak skończyło się 11 lat tułaczki.

Jesteśmy w własnym kraju.

Spełniło się moje marzenie z lat młodości.

 

 

Zredagowala Anna Karolina Klys

Wszystkie czesci KLIKNIJ TUTAJ

Od lewej strony ja , Lusia moja zona, Hela siostra Lusi  z orderami brat Lusi I Heli

Heniek z rodzina

3 komentarze to “Ucieczka z piekła cz .16”

  1. Zlapalem tylko dwa odcinki tej „Ucieczki z piekla” Henka Grengarsa, ale rozkochalem sie w Jego narracji. Musze wrocic do poprz. odcinkow. Zatkalo mnie w paru miejscach, np. „Obiad podobny do śniadania, mogliśmy wyciskać sok z pomarańczy i to było wspaniałe.” Zwazyszy, ze przybyl z Sybiru, to byl cud.

  2. Ela Gełeta 30/04/2016 at 12:40

    …piękni ludzie….

  3. Ten biały proszek to chyba był DDT, regularna broń w tamtych czasach przeciw wszom. Przypomniało mi to moją podróż, parę lat potem. Już proszku nie używano, może dlatego że okręt był turystyczny. Też był sztorm, ale trwał tylko kilka godzin i chyba nikt nie rozwinął choroby morskiej. Ale kiwało okrętem tak, że krzesła i ludzie slizgali się. Kapitan zaprosił wszystkich pasażerów do restauracji pierwszej klasy, widocznie chciał mieć wszystkich w kupie. Nastawił muzykę i tańczyliśmy, na tej pochyłej kiwającej się podłodze. Takiego tańca nie widzieliście! Nad ranem, o wschodzie słońca zobaczyliśmy Hajfę i pamiętam to wzruszenie, (nigdy nie zapomnę) o którym autor nie wspomina, może przez tę chorobę morską smile emoticon.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: