
Pomnik trwalszy od spiżu
(Czytanie apokryficznej ewangelii według Jana)
„…Stanął zatem szatan na Górze Oliwnej koło Jezusa i rzekł: „Jeśliś ty Syn Boży, a obaj już wiemy, że nim jesteś, to czas najwyższy, abyś poznał swój los okrutny, który na ciebie czeka niechybnie.” A gdy Jezus milczał, szatan zaczął przepowiadać mu Mękę Pańską, jaka go czeka. Mówił słowo w słowo to, co potem wiernie napisane zostało w Ewangeliach Świętych. Nie opuścił ani jednego słowa, a każde słowo tak mówił, że wnikało głęboko w duszę Jezusa i bolało go coraz to przenikliwiej. Czuł jak go smagają, jak upada, a gdy poczuł jak przebijają mu ręce. zaczął oblewać się krwawym potem. Tedy szatan dał jeszcze Jezusowi przeżyć konanie na krzyżu i śmierć, a potem zamilkł!
Jezus rzekł: – To wszystko, szatanie?
– Powiedziałem ci wszystko bardzo rzetelnie.
– Powiedz zatem równie rzetelnie, co będzie potem.
– Po trzech dniach z martwych powstaniesz.
– Widzisz, szatanie, że Pan przywróci mnie do żywych i wtedy wypełni się to wszystko, co zapisane jest w proroctwach o Mesjaszu, który świat cały wybawia.
Tedy rzekł szatan: – Powstaniesz z martwych, ale nie wrócisz do żywych, bo Pan zabierze cię do nieba…”
Dokładnie w rok po śmierci Joanny zmarł Jan Kulma. Dożył sędziwego wieku 97 lat, jak kłamliwie doniosła telewizja Jacka Kurskiego, chociaż według datowania na nagrobku, urodził się w 1924 roku, a więc był o trzy lata młodszy. Ale jednak Jacek Kurski jest w tym przypadku całkowicie niewinny, bo jego dziennikarz chciał dobrze. Chciał dokonać korekty, lecz zamiast odjąć trzy lata z oficjalnych dokumentów, dodał jeszcze trzy, bo jak napisał Kulma w Wikipedii, „w osobistych dokumentach, wydanych po wojnie, wpisano późniejszą datę urodzenia – 13 stycznia 1927. Podstawą była fałszywa kenkarta wydana przez AK. Fałszowanie dat urodzenia młodych powstańców miało na celu uchronienie ich przed wcieleniem do wojska nadchoduzącego ze wschodu Podobnie postępowało dowództwo innych jednostek.”
Mogłem tego rodzaju spostrzeżenie poczynić wiele lat wcześniej, lecz dopiero transformacja ideowa Jana Kulmy w kierunku wyznaczanym przez osobowość jurora Andrzeja Libery, pozwoliła mi zauważyć kiks w artykule o Janie Kulmie w Wikipedii. Kapral podchorąży „Kmicic” z plutonu 127 pisze wyraźnie, że opaski biało-czerwone z napisem „WP” znamionującym Wojsko Polskie, wydawano powstańcom z kompanii „Cegielskiego” pod gołym niebem w ogrodzie willi przy Parkowej 31 dopiero po oddaniu kenkart w ręce dowódcy, bo od tej pory pozbawieni byli cywilnych imion i nazwisk, zastąpionych żołnierskimi pseudonimami. W powstaniu walczyli kapral podchorąży „Kmicic”, porucznik „Nałęcz”, kapitan „Cegielski”, pułkownik „Monter”, generał „Bór”. Kulma natomiast nie mówi, jaki miał stopień wojskowy i nie wspomina o pseudonimie. Oświadcza zaś, że zachował swoją fałszywą kenkartę, wydaną przez AK, żeby uchronić go od wcielenia do berlingowców. Coś tu nie gra.
Czytam jeszcze raz dykteryjkę o prawdziwym początku powstania warszawskiego z tomu „Dykteryjki przedśmiertne poprawione” i , uwrażliwiony, tudzież nastawiony nieufnie, zauważam, że w sytuacji, gdy piętnastoosobowa drużyna kaprala podchorążego „Kmicica” miała na swoim wyposażeniu tylko dwa karabiny, cztery pistolety i kilka granatów przeciwpiechotnych, powstaniec Jan Kulma uzbrojony był w dwie sztuki broni palnej, bo na początku opowieści ma w kieszeni pistolet, a w części końcowej dzierży w ręku rewolwer. Zmiana uzbrojenia dokonała się w czasie pięciominutowego szturmu poprzez wysokie sztachety Ogrodu Botanicznego!
Możliwe, że powstaniec Kulma miał w ręku tylko jedną sztukę broni palnej, ale znaczyłoby to, że nie odróżnia bębenkowca od półautomatycznego pistoletu, co dla żołnierza po przeszkoleniu w konspiracyjnej podchorążówce byłoby rzeczą po prostu skandaliczną. Ponadto w czasie ataku na Sicherheitsamt, czyli na Gestapo w alei Szucha, Kulma nie usłyszał dwu wybuchów min podłożonych pod żeliwne oparkanienie , słyszał natomiast poświst skrzydełek opadających pocisków angielskiego granatnika. Łupnięcie w parkan wprawdzie nie uczyniło wyrwy potrzebnej żołnierzom do ataku, lecz było jednak na tyle potężne, że rozwaliło podmurówkę i wygięło żeliwne sztachety w pałąk. Pół Warszawy musiało to usłyszeć.
Jan Kulma mówi, że ciężki moździerz dociągnęli na stanowisko ogniowe w ogrodzie botanicznym żołnierze jego plutonu numer 125, kapral plutonowy „Kmicic” utrzymuje, że ciężki moździerz przechowywany w willi marszałka Senatu RP profesora Szymańskiego przy Parkowej 32, dotaszczyli na stanowisko żołnierze jego drużyny z plutonu numer 127. Rozbieżności powiększa fakt, że w relacji Kulmy willa znajduje się po nieparzystej stronie ulicy Parkowej pod numerem 31. Kulma wie lepiej, bo profesor Julian Szymański to przecież ten sam „wujek Julek”, z którym jedenastoletni Jasio pojechał do Sulejówka na „imieniny Wandzi, córki marszałka Piłsudskiego”.
„Wuj podniósł mnie w górę i widziałem jak przez drzwi z prawej strony, w głębi, wszedł ON. I wtedy wszystko przestało istnieć, jakby nikogo nie było, choć był tłum. Piłsudski miał tak silną osobowość, że jego pojawienie się mogę przyrównać do wejścia Osterwy w „Fantazym” w „Tatrze Słowackiego” w Krakowie w 1946 roku. Widownia wówczas zamarła.”
Janek w owym momencie był jeszcze na tyle niedorosły, że wuj Julek mógł go unieść wysoko na rękach. A jednak odczuł i pojął silną osobowość Józefa Piłsudskiego? Przesada godna propagandysty, niedopuszczalna u filozofa.
W dykteryjkach „poprawionych”, wydanych bez mojej zastrzeżonej prawem akceptacji, Jan Kulma wieloma szczegółami uzupełnia własną relację z Powstania, jaka zapisana została na moim reporterskim dyktafonie w roku 2006, gdy Jan usiłował popełnić samobójstwo przez zagłodzenie.
Fragment relacji Jana Kulmy z „poprawionych dykteryjek”:
„Hande hoch! Polizei!” Wpadło ich kilku, natychmiast rozbiegli się po całym domu(…) a ja tylko myślę o jednym: w lewej kieszeni kurtki mam podręcznik podchorążówki pod tytułem „Walka w mieście” autorstwa generała „Grota” Roweckiego. I cały jestem zdrętwiały ze strachu.”
A przecież realnie nie było powodu do niepokoju. Podręcznik pułkownika Stefana Roweckiego z 1928 roku pt. „Walki w mieście” był instrukcją dla oddziałów asystencyjnych wojska i nauczał, jak należy tłumić tumultacje robotnicze lub chłopskie, a także zrywy niepodległościowe Białorusinów i Ukraińców. Zalecał, między innymi , żeby rozmieścić na dachach snajperów, którzy kilkoma celnymi strzałami unieszkodliwią najaktywniejszych prowodyrów. I przestrzegał, żeby do tłumienia wzburzonej ludności cywilnej nie używać czołgów, bo gąsienice będą się ślizgały na miejskim bruku. Taka książka, odnaleziona w lewej kieszeni kurtki, mogła tylko rozśmieszyć Niemców, którzy z nadzwyczajną skutecznością użyli w Warszawie „Tygrysów” do niszczenia powstańczych barykad.
Janek chyba nie przeczytał mojego kawałka osnutego na tle wiersza Joanny Kulmowej o „Wolności na lufach armat”, ale prawie na pewno zapoznał się z rozważaniami Stefana Bratkowskiego o Powstaniu Warszawskim (internetowa „Historia mówiona” , 2014):
„Polacy mieli do dyspozycji studium z 1928 r. „Walki w mieście” Stefana Roweckiego, późniejszego – nie przypadkiem – dowódcy Armii Krajowej, „Grota”. AK je czytała we wczesnej fazie okupacji – co odnotowały wspomnienia. Żydowscy oficerowie polskiej armii, dowodzący Żydowskim Związkiem Wojskowym w getcie warszawskim, też znali tę pracę. Niemcy aż miesiąc, z czołgami i ciężką artylerią, porali się z formacją, liczącą w sumie ok. 400 kompetentnych żołnierzy, przynajmniej po zęby uzbrojonych, inaczej niż lewicowa Żydowska Organizacja Bojowa. Niedostatecznie uzbrojonych powstańców warszawskich w roku 1944 nie mogli wspomóc spadochroniarze Sosabowskiego, a już po śmierci Grota nie szkolono dowódców AK wedle jego wskazówek, stąd pewnie tyle niepotrzebnych strat w nieprzygotowanych atakach bez dostatecznego rozpoznania. Jednakże odnosili powstańcy mimo to i fachowe w sensie wojskowym sukcesy. Niemcy mordowali dziesiątkami tysięcy ludność cywilną, ale ta dwumiesięczna „bitwa warszawska” kosztowała większe straty w ludziach (zabitych i rannych) stronę hitlerowską, niż walczące oddziały powstańcze. Prawie trzy w sumie dywizje hitlerowskie zostały wyeliminowane z walki przed styczniowym uderzeniem Żukowa i Koniewa. Hitlerowcy umieli tylko burzyć wszystko i mordować bezbronnych.”
Nigdy nie spotkałem w publicystyce historycznej takiego nagromadzenia buńczucznych bzdur, jak w zacytowanym fragmencie. Jest mi przykro, że wygłasza je Bratkowski, prezes SDP w Karnawale „Solidarności”, pod którego światłym kierownictwem w roku 1981 pełniłem funkcję przewodniczącego Rady Głównej zbuntowanego SDP.
W książce pt. „Dykteryjki pośmiertne” Jan jakimś szczęśliwym trafem wychodzi z masakry w Ogrodzie Botanicznym; wprawdzie poraniony, lecz żywy i wraz ze szpitalem polowym AK trafia do Wawra, nie wyjaśniając w jaki sposób przeprawił się na prawy brzeg Wisły. Natomiast w „Dykteryjkach poprawionych” Kulma dodaje, że „szpital polowy” mieścił się w willi jego wuja Julka, z którym gościł na imieninach u Wandzi Piłsudskiej. Wuj Julek był wybitnym politykiem piłsudczykowskiego BBWR, przez dwa lata sprawował nawet funkcję marszałka senatu. Swoją obszerną willę przy ulicy Parkowej 31 oddał jednak do dyspozycji nie regularnej jednostce AK, lecz kompanii 104 Związku Syndykalistów Polskich kapitana Juliana Bartoszka „Cegielskiego”. Uczynił tak tylko dlatego, że o zorganizowanie meliny dla powstańców poprosił go jego bliski krewniak Stefan Szwedowski , zapiekły syndykalista, czyli patriotyczny, prolondyński komuch po naszemu, wróg nieprzejednany polskich burżujów i obszarników, ale też i kontestator Związku Radzieckiego.
W pierwszym dniu Powstania w Warszawie działały jeszcze telefony. Wujek syndykalista mógł był wujkowi z BBWR zdać szczegółowy raport z tragicznego ataku na Sicherhaitsamt, w którym wyginął kwiat polskich patriotycznych komunistów. W wawerskiej willi u krewniaków znalazła schronienie Helena Kulmowa z synem Janem. Utrzymywaną w ścisłej tajemnicy wiedzę o tragedii kompanii „Cegielskiego”, Jan Kulma mógł posiąść w Wawrze, bez konieczności uczestniczenia w pozbawionym wszelkich szans ataku na Sicherheitsamt.
Utrzymaniu tajemnicy przez trzy ćwierci stulecia sprzyjały okoliczności. Dla bohaterskiej mitologii powstańczej rozstrzelanie bezbronnych powstańców „Cegielskiego” przez niemieckie cekaemy było rzeczą co najmniej wstydliwą, jeśli nie haniebną, albowiem rodziło się podejrzenie, że prawie stuprocentowe straty osobowe kompanii syndykalistów ze zgrupowania „Ruczaj”,stanowiły efekt subtelnej polityki kadrowej reakcyjnego, antykomunistycznego dowództwa Armii Krajowej. Z kolei dla propagandy PRL niewygodne było przypominanie, że oprócz komunistów promoskiewskich, podporządkowanych Związkowi Patriotów Polskich, istnieli też jacyś syndyko-komuniści polscy, którzy stanęli zbrojnie pod sztandarami Polski Podziemnej i podporządkowali się rozkazom Rządu Londyńskiego.
Podejrzewam nikczemnie, że Jan Kulma, wybitny artysta odznaczony Srebrnym Orderem Gloria Artis przez ministra Glińskiego, bohaterski bojownik Powstania, raniony w ataku na gmach Gestapo w alei Szucha, w ogóle żołnierzem AK nie był. Sprawić to mogła jego matka, Helena Kulmowa. Jako jednoosobowa komisja lekarska , swojego syna po przebytej tuberkulozie płuc i kręgosłupa, który trzy pierwsze miesiące okupacji przeleżał w „łóżku gipsowym”, a trzy lata później miał wielomiesięczną przerwę w pobieraniu nauk w konspiracyjnym liceum z powodu odnowienia się tuberkulozy, latem 1944 roku uznała za całkowicie niezdolnego do służby wojskowej.
Autorytet matki był dla Jana Kulmy niepodważalny. Ojciec Szczepan Kulma, oficer zawodowy, w stopniu porucznika poszedł na wojnę we wrześniu 1939 roku, potem zesłany przez Sowietów na Sybir, trafił do armii pułkownika Andersa i wraz z nią przebył całą kampanię, od Palestyny, przez Monte Cassino, aż do serca hitlerowskich Niemiec. Po wojnie trafił do polskiego obozu dla emerytowanych oficerów I Korpusu WP i aż do śmierci, w stopniu kapitana, pozostawał na chudym żołdzie Królowej Brytyjskiej. Jan Kulma odwiedził go w 1961 roku , kiedy, jako wybijający się reżyser Telewizji Polskiej, gościł w Londynie na zaproszenie kierownictwa telewizji BBC.
To tylko mój domysł, ale jestem pewien, że absencja w Powstaniu Warszawskim była dla Kulmy prawdziwą tragedią. Wszyscy jego koledzy z gimnazjum Batorego pomaszerowali czwórkami na śmierć i tylko on jeden ocalał pod skrzydłami opiekuńczymi matki. Przez pół wieku imaginował sobie dzień 1 sierpnia, kiedy wstąpił do wuja Julka na herbatkę, a tymczasem trafił na kompanię syndykalistów „Cegielskiego” w pełnym uzbrojeniu, stłoczoną w ogrodzie, w salonie, w kuchni i w czterech pokojach willi wujka Julka. Był słaby po przebytej ciężkiej gruźlicy, ale przecież zdolny udźwignąć pistolet…
Ba, ale na zawadzie w takiej mojej nizinnej narracji stoi niezbity fakt, że po zmianie ustroju podchorąży (?) Jan Kulma już w pełni jawnie legitymował się autentycznym Warszawskim Krzyżem Powstańczym i posiadał stosowną legitymację wydaną przez Wojsko Polskie i władze Polskiego Rządu na Uchodźstwie w Londynie.
W 1961 roku nie było jeszcze Muzeum Powstania, dysponującego szczegółową listą żołnierzy walczących w Powstaniu Warszawskim, i nie było jeszcze Internetu, w którym tę listę można byłoby zawiesić na chmurce. W Polsce przez pół wieku nie wiedzieliśmy prawie nic o archiwach Wojska Polskiego w Londynie. I odwrotnie, w Londynie niewiele wiedziano o materiałach historycznych, skrzętnie przechowanych przez Powstańców dla potomnych. I wyobrażam sobie Jana jeszcze przed czterdziestką, spotykającego się w obozie dla oficerów WP w północnej Walii z ojcem nie widzianym od lat. Czy mógł człowiekowi sponiewieranemu przez historię i wegetującemu na nędznym żołdzie Królowej, powiedzieć, że on w Polsce nie walczył z Niemcami? Ja na jego miejscu nie miałbym sumienia pogrążać starego wiarusa w rozpaczy. Opowiedział więc historię ataku na Gestapo w alei Szucha, zasłyszaną od swoich krewniaków, a moich powinowatych.
Wszystko od tej chwili potoczyło się z górki. Kapitan Szczepan Kulma zameldował się u komendanta obozu w sprawie własnego syna żyjącego pod jarzmem promoskiewskich komunistów. Jan wrócił do Polski z Krzyżem Powstańczym i stosowną legitymacją. I przez lat kilkadziesiąt od czasu do czasu zaglądał do skrytki z dokumentami, brał do ręki Krzyż, wertował Legitymację i łączył się myślami z bojownikami Powstania. W wyobraźni reżysera wraz z imaginacyjnymi „oddziałami rekonstrukcyjnymi” odtwarzał przebieg tragedii w Ogrodzie Botanicznym i powtarzał to tak często, aż stało się w jego myślach obowiązującą prawdą z jego osobistym w ataku udziałem.
Jakub Kopeć
Kategorie: Uncategorized

