
Jan Hartman
USA ma tylko 5 proc. ludności świata i żadnej szansy na zdominowanie światowej sceny politycznej. Nie jest nowym Rzymem ani nawet tą Ameryką, której interwencje decydowały o zwycięstwie dobra nad złem w wielkich wojnach XX w. W dłuższej perspektywie niewiele może zrobić Chinom, Indiom, a nawet Europie, która – gdyby się zjednoczyła – również byłaby od Ameryki silniejsza. Jednakże Ameryka jest państwem imperialnym i akurat dziś zechciała światu o tym przypomnieć. Więc lepiej, żeby inni też sobie przypomnieli, kim są i z kim chcą trzymać.
Skoro wracają („zwykłe” albo „stare”) czasy wielkich imperiów, to trzeba być imperium albo być jego częścią. Inaczej ktoś się nami „podzieli”. Może i dobrze, że „płaskoziemcy” i ekscentryczni krezusi, którzy wskutek uwiądu amerykańskiej klasy politycznej przechwycili stery władzy w USA, przypomnieli nam, na czym generalnie od zarania upolitycznionej ludzkości polega polityka międzynarodowa. A polega na ekspansji i rywalizacji kierowanej przez władców – najczęściej mało gramotnych i ogólnie niezbyt okrzesanych. Jednym z wielkich złudzeń XIX i XX w. było przekonanie, że raz na zawsze elity krajów „cywilizowanego świata” będą rekrutować się z kręgów wykształconej burżuazji o światowych manierach. Na skalę całego Zachodu było tak tylko przez kilka powojennych dekad. Jednak już Berlusconi przypomniał nam, że władcy równie dobrze jak dżentelmenami mogą być narcystycznymi prostakami i grandziarzami. To raczej władza „eleganckich panów” jest wyjątkiem, a w skali dziejów typowy przywódca bądź monarcha to osobnik cokolwiek zaburzony, zepsuty przez władzę, o wykształceniu bardzo umownym i wątpliwym. Donald Trump – dramatycznie obiegający od chwilowej normy ustalonej dla państw Zachodu – zupełnie nie odbiega od normy dziejowej. Na swój sposób jest żałośnie pospolity. Ot, królisko takie. Wbrew pozorom bardzo przewidywalne. Będzie przykupywał, zastraszał, „dzielił i rządził”, a jak napotka na opór, to będzie się wycofywał i szukał sobie słabszej ofiary. Daleko mu jednakże do potęgi chińskiego cesarza, którego wola jest rozkazem dla najpotężniejszej maszynerii państwowej w dziejach ludzkości. Z perspektywy Pekinu Trump to jeszcze jeden „duży dzikus”, „barbarzyńca w ogrodzie”. Można go wytresować, można go przeczekać, ale planów imperatora zamorski barbarzyńca zmienić nie zdoła. To Donald naśladuje Xi, udając, że jest „Donaldem Wszystko Mogę”, a nie Xi (który wszystko może) Donalda.
Tyle tylko że świat się tego nie spodziewał. Politycy myśleli, że układ „demokracja plus kultura osobista” jest nowym metafizycznym fundamentem globalnej polityki, która nie będzie się już opierać ani na sile, ani na egoizmie, lecz na balansie interesów i wartości. Wszyscy w to trochę wierzyliśmy i dlatego ze zdumieniem patrzymy, jak pół świata pierzcha przed rozochoconym i nieznającym umiaru w swych zapędach nowym „królem Ameryki”. Sieje postrach i zdaje się niepokonany. Wszyscy traktują go jak palec Boży (albo karę Bożą), a co najmniej wiatr historii. Próżno się mu sprzeciwiać! Widocznie tak już musi być. Nowi amerykańscy oligarchowie ruszyli na podbój świata, a świat zamarł z przerażenia. Hannibal ante portas!
Na szczęście „niepowstrzymane marsze” mają to do siebie, że po kilku latach utykają gdzieś na prowincji, a historia powraca do swojego powolnego dość biegu. Najeźdźcy się osiedlają, żenią z tubylczym kobietami, rodzą się dzieci, a po latach wylęga się z tej mieszanki nowy naród, nowy język i nowy obyczaj. Ale też nigdy tak całkiem nowy.
Nie ma co się bać Trumpa. Jest nieszczęściem, ale głównie dla USA. I to nieszczęście już się zaczyna – dramatem milionów ludzi, którzy obawiają się deportacji. W kolejce czekają cła, prowadzące do wzrostu cen w USA i wzrostu inflacji, konflikt z Meksykiem, konflikt z Europą, z Kanadą i Bóg wie, z kim jeszcze. Po kilku miesiącach stuporu politycy się ockną i zaczną reagować na awanturnictwo „króla Ameryki”. I bardzo dobrze. Władza Trumpa w Waszyngtonie może wymusić na Europie większą integrację i wzięcie odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo. Skoro za morzem nie mamy już przyjaciela, to nie mamy też wyjścia. Skrzydła wielkiej kwoki już nas nie chronią. Musimy wyjść na gumno światowej polityki i zmierzyć się ze wszystkimi stworzeniami, które po nim hasają. Na czele z Putinem.
Patrząc z punktu widzenia dziejowego, możemy być względnymi optymistami. Zwycięża Realpolitik, a to oznacza odrzucenie iluzji i powrót na twardy grunt faktów i interesów. Mówił o tym w swoim inaugurującym polską prezydencję strasburskim przemówieniu Donald Tusk.
Można wiele złego powiedzieć o Trumpie, ale na pewno nie to, że jest słaby. Jest narcystyczny, nieokrzesany, niemoralny i w dodatku mitoman. Ale mimo wszystko jest politykiem sprawczym i silnym. I jako taki może być natchnieniem dla Europy, która do tego stopnia skarlała politycznie, że nawet zupełnie prowincjonalny harcownik taki jak Orbán, jeśli tylko ma silny charakter, może cieszyć się skrywanym podziwem skromnych biurokratów, którym przydarzyło się otrzymać posadę premiera któregoś z europejskich rządów. Właściwie gdy chodzi o świat demokratyczny, to tylko Macron i Tusk są „jacyś”. Słabość i kunktatorstwo europejskiej klasy politycznej przerażają nie mniej niż zwycięstwo Trumpa. Jednakże Trump już wygrał i jest. Na to nic już nie poradzimy. Ale przywódców Europy możemy sobie jednak wybrać. I jak mnie ten Tusk całe życie wkurza i frustruje, to jednak muszę mu przyznać, że zwyciężać potrafi. To jest jedyny Donald, którym możemy skontrować tamtego, zamorskiego Donalda. Mam nadzieję, że gdy już uporamy się z tymi nieszczęsnymi wyborami prezydenckimi i sytuacja w kraju zrobi się bezpieczna, Donald Tusk zajmie się polityką europejską. Chyba potrafi to lepiej, niż taplać się z kilkoma nielubianymi kolegami w koalicyjnym błotku, na cienkim sznurku ciągnąc wózek słabego, patchworkowego rządu. Szkoda go na tę małą politykę, bo potrafi być w wielkiej. Tym bardziej że może go w tym wspierać zawodnik tej samej co on wagi (choć emerytowany), czyli Aleksander Kwaśniewski. Mam nadzieję, że za dwa lata zobaczą okładkę którejś z wielkich anglojęzycznych gazet z wizerunkami Donalda Trumpa i Donalda Tuska, a napis głosić będzie „Donaldów dwóch”.
Kategorie: Uncategorized


Co za niesłychany nonsens aż dech zapiera. Hartmanowi nie podoba się, że Ameryka jest rządzona demokratycznie. Wyborcy głosowali na prezydenta, reprezentantów Kongresu i Senatu i wybrali Republikanów. To jest wola ludu i jak na razie sondaże opinii wykazują powszechne zadowolenie z nowych decyzji. Ludzie dostają to na co głosowali i czego chcieli. Co będzie dalej zobaczymy, ale na pewno nie potrzebujemy światłej porady od polskiego znawcy. Niech doradzi własnemu krajowi, aby wpuścił miliony przybyszów przez dziurę w płocie, a jak już przybędą to rzecz jasna jest obowiązkiem gospodarza karmić ich, ulokować w hotelu, leczyć no i pomóc sprowadzić rodzinę. Jestem pewna, że polskim płatnikom podatków równie się to spodoba jak amerykańskim. Przydałoby się Hartmanowi trochę zdrowego rozsądku…
Jak sie to-to czyta to sie chce tylko powiedziec: sluchaj Hartman: jakakolwiek ”trawke” bys nie palil to wyrzuc ja jak najszybciej. Bo twoj czesto jasny umysl jest kompletnie zadymiony! Poczatek o tych 5%, ktore nie maja wiekszego wplywu na swiat przypomina glowny argument szwedzkiej, kompletnie kopnietej, minister spraw zagranicznych, ktora twierdzi, ze Europa jest o wiele silniejsza od USA, bo ”nas jest az 450 miljonow a Amerykanow tylko 350 miljonow”. Tak rozumujac to powinnismy sie juz dzisiaj poddac Chinczykom! A koniec o tym Wielkim Polityku Tusku, ktory na spolke z czesto zdrowo zaprawionym Kwasniewskim taki wycisk dadza niekulturalnemu Trumpowi, ze ten sie podda bez jednego wystrzalu, to… Ech, szkoda gadac!
Cos sie Panu Hartmanowi w glowie pomieszalo w ocenie Trampa i jego braku wplywu na swiat. Jak dotychczas, ta opinia sie nie sprawdza.
MED
”Marek P. moze rozwiniesz co masz na mysli ” bredzi jak pjane dziecko we mgle…”
Mogę ja w zastępstwie?
Jeden przykład:
O Trumpie: ”… Jest nieszczęściem, ale głównie dla USA. I to nieszczęście już się zaczyna – dramatem milionów ludzi, którzy obawiają się deportacji.”
Ja w żaden sposób nie mogę zrozumieć, czemu właściwie te miliony intruzów z Meksyku, Kolumbii, Salwadoru i podobnych miejsc nie mogą siedzieć na (CENZURA)sku w rodzinnym Meksyku, Kolumbii czy Salwadorze i że jakaś wyższa konieczność wymaga, żeby Amerykanie posunęli się i zrobili dla nich miejsce. Jeszcze ciekawsza sprawa to przybysze z BW. Jest ich trochę, m in pani Ilhan Omar, imigrantka z Somalii. Czy to będzie ”szczęście” czy ”nieszczęście”, jak co nieco speców od ”Globalize the Intifada” odeśle się z powrotem do ich krajów pochodzenia – to już kwestia poglądów. Zawsze mogą wrócić drogą powietrzną, jak to już zrobili 11-go września.
Marek P. moze rozwiniesz co masz na mysli ” bredzi jak pjane dziecko we mgle…”
Hartman bredzi jak pjane dziecko we mgle…
No i znowu rabnal Hartman jak chory w kubel, jak wtedy kiedy potepial Izrael( artykul na blogu) ze maja ochrone dla mlodziezy izraelskiej odwiedzajacej Polske, ktora ” jest otwarta i przyjazna” wg. Hartmana. Po to zeby sie obudzic 2a lata pozniej i zauwazyc jak hitlerowsko nienawidzaca Zydow jest ta ” przyjazna Polska”, i wsrod tych nienawidzacych sa jego koledzy z Uniwersytu.
Jego zachwyt ” europejskim Tuskiem” jest tego samego rodzaju, Tusk jest tym ktory decydujaco przewazyl skale w glosowaniu Brytyjczykow za Brexitem.
Marginesy byly male, wiec Cameron udal sie do Bruxeli przed glosowaniem zeby zmienic EU polityke. No i udalo mu sie dostac zapewnienie ze EU nie bedzie wiecej nawolwac i dazyc do ” dalszej integracji” i inne Swiete Krowy EU miano tez zarznac.
Ale Tusk uparl sie przy tym zeby zabronic GB ukrocenia imigracji z krajow z najwieksza iloscia imigrantow juz w Anglii, czyli z Polski. To Polacy najbardziej iryowali wyborcow Angielskich.
Ale Tusk oswiadczyl ” Nie bedzie zadne dyskryminacji”-i Anglia zaglosowala za Brexitem.
A ja stawiam na śmierć kulturową Europy Zachodniej i na przetrwanie kultury zachodniej w USA, Kanadzie i Australii. A to przez liniową ekstrapolację jej demografii i tendencji politycznych i przez upór obywateli USA, Kanady i Australii pozostać demokracjami liberalnymi.
Interesujący może być los Wyszehradu, bo ta grupa musi manewrować między rosnącym wpływem Islamu europejskiego i nieprzyjemną Rosją.