Ciekawe artykuly

Ola Watowa i Aleksander Wat

O niej mówili: „Najpiękniejsze dziewczę w Warszawie”. O nim – że nocą jeździ nago w taczce zaprzężonej w kolegę


Przyslal Wlodek Gelbart

Gdy Ola Watowa była już staruszką, zwierzyła się, że zawsze marzyła o odcieleśnionej miłości. Pocałunku w czoło, nie w usta. A pozwoliła się uwieść 23-letniej bestii z ciemnymi, głęboko osadzonymi oczami i wysuniętą brodą. Aleksander Wat – ta ciemnooka bestia – pozostał jej miłością do końca życia

Zapamiętała, że była już dziesiąta. Prawie. Brakowało jej dźwięku dzwoneczka, którym wzywał ją rano do łóżka, więc weszła cicho do pokoju.

Leżał na tapczanie. Stopa wysunęła się spod kołdry. Poprawiła ją i zdziwiła się: nie poruszył się. Powinien się poruszyć, budził go byle szmer.

Zostały notatki, listy. Urwane zdania, strzępy.

Do lekarza: „Pozwólcie mi umrzeć”.

Do niej: „Nie mogę już absolutnie… przebacz mi moją straszliwą zbrodnię… chciałem ciągnąć agonię, już absolutnie niemożliwe. To i tak nie do uniknięcia… Przebacz, błagam, nie rozpaczaj. Dobranoc, moje światło, dobranoc, moja kochana, dobranoc, Olu”.

Połknął 40 tabletek nembutalu – silnych środków przeciwbólowych, barbituranów. Dziś, pół wieku po samobójczej śmierci poety Aleksandra Wata, o którym Miłosz napisał, że jest „światłem, niczym przewodnik z latarnią pokazuje nam drogę w labiryncie XX wieku”, używa się ich tylko w Szwajcarii, w klinikach eutanazyjnych.

Miłość. Tak, Miłość. Sztuka. Tak, Sztuka

Czesław Miłosz: „Życie Wata jest naznaczone miłością do jednej kobiety, ona jest osią jego biografii”.

Spotkali się podczas balu studentów warszawskiej Szkoły Dramatycznej. Ona właśnie skończyła pierwszy rok aktorstwa.

„Spojrzawszy wówczas na serce przez oko, jak przez dziurkę od klucza

zobaczyłem:

serce moje jest kompasem, który wszędzie wskazuje na O.” – napisał w wierszu.

O., czyli Ola. Urodziła się jako Paulina w żydowskiej, zasymilowanej rodzinie Lewów. Mówiono o niej: najśliczniejsze dziewczę w Warszawie. Nosiła sukienki w rozmiarze 36, buty z delikatnej skórki. Miała senne spojrzenie, ciemne, miękkie włosy. Wypieszczona córeczka bogatego tatusia. Wymarzona żona dla inżyniera, lekarza lub adwokata.

Gdy była staruszką, zwierzyła się zaprzyjaźnionej dziennikarce Renacie Gorczyńskiej, że zawsze marzyła o odcieleśnionej miłości. Pocałunku w czoło, nie w usta. A pozwoliła się uwieść 23-letniej bestii z ciemnymi, głęboko osadzonymi oczami i wysuniętą brodą.

’Brzydki' – napisała o Aleksandrze Wacie Irena Krzywicka. Zapamiętała, jak zatrzymał ją na ulicy, wołając: – Widziałaś, jakie szczęście mnie spotkało – taka piękna dziewczyna mnie chciała!

Ojciec Pauliny omal nie dostał zawału, gdy usłyszał, za kogo córka chce wyjść za mąż. O futuryście filozofie o ksywce „Budda Zaratustra” Warszawa plotkowała, że nocami podróżuje po mieście nago, w taczce zaprzężonej w kolegę. Nie dość, że smarkula chciała zostać aktorką, to jeszcze miała mieć męża wariata! Syna chasyda bez grosza przy duszy.

Przez cztery lata stary Lew nie wpuszcza Aleksandra do domu. Ustępuje, widząc, że córka nie odpuści. Ale posagu jej nie daje.

Ślub biorą zgodnie z żydowską tradycją, ale wbrew sobie, bo oboje mówią, że w Boga nie wierzą. I obrządek robi na nich wrażenie: baldachim z adamaszku, rabin w atłasach i sobolowej czapie, ona w diademie. Jakby przenieśli się w świat obrazów Chagalla.

Ona już nie chce być aktorką. Chce być żoną swojego męża.

Nie chce być Pauliną. Zostaje Olą, Oliną – odbiciem swojego Ola.

„Jeszcze teraz na myśl, że mogło mnie nie być w Szkole Dramatycznej, że nasze drogi mogły się nie skrzyżować, dostaję gęsiej skórki. Wydaje mi się, że życie moje byłoby chybione, nieważne, nieistotne” – napisała we wspomnieniach „Wszystko, co najważniejsze”.

Wiecznej się poddał wiedzy katordze, Uczeń Merlina – tułaczy Żyd

Polska, lata 20. Kraj nierówności społecznych, zacofania gospodarczego, chaosu politycznego. Wat wie, że świat jest niesprawiedliwie urządzony, więc trzeba go naprawić. Tylko jak? Fascynację katolicyzmem wypiera buddyzm, a potem marksizm. Ten, który wcielają w życie towarzysze radzieccy.

Z przyjaciółmi – Władysławem Broniewskim, Brunonem Jasieńskim, Andrzejem Stawarem – zakładają komunizujący „Miesięcznik Literacki”. Sztuka ma zmieniać rzeczywistość: redaktorzy protestują przeciwko sytuacji politycznej w Polsce po zamachu majowym, przepełnionym więzieniom, torturom.

Oli, bywalczyni słynnej warszawskiej kawiarni Ziemiańska, wielbicielce Qui Pro Quo, smakoszce kawy z czekoladą, do komunizmu daleko. Ale postanawia uwierzyć w „świętą sprawę”, bo Ol w nią wierzy. Miota się więc między obowiązkami sekretarki, księgowej i kolporterki gazety.

W 1930 roku, po narodzinach Andrzeja – ich jedynego syna – cenzura zamyka „Miesięcznik Literacki”, a Aleksander ląduje w więzieniu. Gdy Ola dochodzi do siebie po ciężkim połogu, biegnie do znanego warszawskiego adwokata Gustawa Beylina i prosi o pomoc. Beylin pyta: – A woli pani, żeby mąż ją zdradzał czy żeby siedział w więzieniu? Ola: – To niech już siedzi.

Aleksander wychodzi po trzech miesiącach, już uspokojony. Najważniejsi są Ola i synek. Siostra, wzięta aktorka Seweryna „Seda” Broniszówna, załatwia bratu pracę w prestiżowym wydawnictwie Gebethner i Wolff.

 

Ola Watowa i Aleksander Wat z synem Andrzejem, 1931 r.OLA WATOWA I ALEKSANDER WAT Z SYNEM ANDRZEJEM, 1931 R. FOT. Z ARCHIWUM WOJCIECHA KARPIŃSKIEGO, WWW.WOJCIECHKARPINSKI.COM

Przychodzą rozczarowania.

Najpierw rozczarowanie komunizmem. Gdy do Warszawy wpada Majakowski, zaprzyjaźniają się. Wat zaczyna dostrzegać Rosję Radziecką inną od wyidealizowanej: kraj terroru, przemocy i głodu. Gdy Majakowski popełnia samobójstwo, Wat wie, że uciekł od świata, w którym się dusił.

Potem rozczarowanie Polakami, w których wzbiera antysemityzm. Siedmioletni Andrzej wraca ze spaceru z boną i woła uszczęśliwiony: – Mamo, wybili szyby u sklepikarki, tej Żydówki!

Olę zalewa fala gorąca. – Co cię tak cieszy? – pyta syna.

– Bo Żydzi są okropni, brudni, brzydcy.

– Czy mamusia jest brzydka? – wtrąca się Aleksander.

– Nie, jest ładna.

– A może jest brudna?

– Nie.

– No to wiedz, że twoja mamusia jest Żydówką. Kochasz ją?

Chłopiec milknie: – Tak. Ale kochałbym ją bardziej, gdyby nie była Żydówką.

Niemieckie bomby spadają na Warszawę, Watowie uciekają do Lwowa. W ostatnim momencie – Aleksander jest na gestapowskiej liście do rozstrzelania. Za to, że Żyd, komunista, polski inteligent, poeta, futurysta.

I grał mu Bacha księżyc po drodze, I szły z nim wierne, więzienne wszy

Świat się wali Watom powoli, niepostrzeżenie.

Życie niby toczy się w miarę normalnie: trochę głodno, trochę zimno. Ale polscy artyści, którzy utknęli we Lwowie, starają się trzymać razem. Piszą do „Czerwonego Sztandaru”. Broniewski, Peiper, Ważyk, dekorator teatralny – niejaki Daszewski. To ten ostatni ściąga pewnego dnia kolegów do restauracji. Obiecuje: będzie miło, dobre jedzenie, zapomnimy o wojnie.

Gdy wszyscy siedzą przy stole, wchodzi barczysty mężczyzna z mocno uszminkowaną kobietą. On – rzekomo sowiecki historyk sztuki, ona – rzekomo polska aktorka. Gdy jeden z gości nachyla się do niej, dostaje pięścią w twarz od jej towarzysza. Do sali wpada grupa enkawudzistów. Już wiadomo – to prowokacja.

Najpierw bicie, potem aresztowanie. Ola zanosi do więzienia czystą bieliznę mężowi, odbiera brudną. W domu rozkłada koszulę Ola, w jej szwach krew i wszy. Płacze.

W skarpetkach watolina. To znaczy, że Wat idzie do swojej Oliny? – myśli Ola. (Po latach dowie się, że to nie był żaden znak od męża, po prostu było mu zimno w stopy).

Po trzech miesiącach w progu staje pięciu enkawudzistów z karabinami wymierzonymi w Olę i jej syna. Dawaj, sobirajsja.

Bydlęce wagony pełne Polaków wywożonych przez Rosjan na step, do Kazachstanu. Ola z Andrzejem siedzą obok klozetu, głodni. W kolejce do jedzenia – ostatni, odpychani. Bo Żydzi, bo komuniści, pewno szpiedzy. Gdy przyjeżdżają do Iwanówki – nędznych lepianek na stepie – Ola znajduje ciepły kąt. Na krótko. Podchodzi do niej jedna z kobiet, pułkownikowa: – Proszę poszukać sobie innego miejsca, bo tutaj będziemy się modlić, a to i nam, i pani będzie przeszkadzać.

Samotność wśród 60 rodaków. Ola myśli, jak niewiele warta jest kultura, która każe z szacunkiem odnosić się do drugiego, skoro wystarczy pierwszy głód, by nic z tego szacunku nie zostało. Tylko barbarzyńska walka o byt.

Ale wie, że musi przetrwać. Musi uratować synka dla Ola.

Za romans z Heglem w Belle époque, Knuty bydlęcych na wschód wagonów

Na stepie rządzi strach z nędzą. Kazachowie, jeszcze niedawno syci i wolni, dziś – głodni i zniewoleni. Nawet gdyby chcieli, nie mają czym podzielić się z Polakami.

Ola pracuje przy sianokosach, potem wyrabia cegły. Andrzej marzy o chlebie i kartoflach. Ola kupuje jęczmień i wodę. Tłucze ziarna, z mąki lepi bułeczki. Z krwi zarżniętego barana gotuje galaretę.

Gdy Andrzej zachoruje na zapalenie płuc, Ola rzuca pracę i idzie przez step do miasteczka, żeby wymienić sukienkę na mleko, mąkę i tłuszcz. Za karę musi przez trzy miesiące pracować za darmo. Ale synek wraca do siebie.

Wyprawy powtarza – raz, drugi. Omal nie ginie pożarta przez wilki, omal nie zamarza, cudem unika gwałtu.

– Ona, która za dobrych czasów bała się sama zostać w mieszkaniu, która dotąd boi się myszy i z trudem znosi najlżejsze przeziębienie, robiła 30 kilometrów, żeby w stepach kazachskich zdobyć trochę mleka i mąki dla ginącego, marniejącego z głodu syna. Skąd wzięła tę siłę? – dziwił się po latach Wat.

Ola nic nie wie o Olu i jego wędrówkach po więzieniach Lwowa, Kijowa, Moskwy. Ol nic nie wie o Oli.

Ogląda owal Świętego Graala, Krwi Boskiej Kielich – Mądrość i Ból

Wat: „Byliśmy jak rodzeństwo syjamskie „.

Prawie w tej samej chwili przeżywają „nawrócenie”, jak mówią.

Aleksander – z rodziny chasydów, ale wychowany przez katolicką nianię – w więzieniu w Saratowie widzi diabła, tego samego, który stworzył komunizm. I uznaje, że skoro jest diabeł, to jest i Bóg. I ogarnia go spokój.

Ola na stepie modli się z przyjaciółką Stefanią Skwarczyńską, polską profesorką, teatrolożką. Skwarczyńska, blondynka, w niebieskiej pelerynce. Jak Matka Boska. – Nie trać nadziei. Bóg nas uratuje – mówi. I Ola jej wierzy.

Aleksandrowi wiara pozostała do końca życia, dla Oli „nawrócenie” to tylko epizod. Górczyńska: – Ola wierzyła tylko w sztukę.

Ale chrzest przyjmą razem w latach 50. w kościele św. Marcina na Piwnej.

I wszystkie śmierci były mu dane, Ciało drążyła mu każda z kul

Rosjanie ogłaszają amnestię.

Ola z Andrzejem jadą na południe. W sowchozie widzą Polaków umierających z głodu. Rozpłyniemy się w tym stepie, nigdy nie zobaczę Aleksandra – myśli Ola.

Aleksander wypuszczony z więzienia dowlecze się do Ałma Aty. Wszędzie wypytuje o drobną brunetkę i chłopca o ciemnych włosach.

Pisze wiersz, który będą odpisywać Polacy błąkający się po Rosji, „Wierzby w Ałma-Acie”.

„Pięknaś, w szronie i blasku, wierzbo ałmaatyńska.

Lecz jeśli cię zapomnę, o sucha wierzbo z ulicy Rozbrat

Niech uschnie moja ręka”.

Z dedykacją: „Zaginionej rodzinie”.

Odnajdują się przez przypadek – on prosi o pomoc w poszukiwaniach żony kobietę, która mieszka niedaleko Oli, w Antonówce. Nim on, ciężko chory, załatwi pieniądze na tysiąckilometrową podróż żony i synka do Ałma Aty, wymienią listy. Tak intymne, że czytam je z trudem, skrępowana.

Że on nigdy nie wiedział, jak bardzo ją kocha. I że cierpiał, wiedząc, że nie może jej tego powiedzieć. Że przysięga, że będzie lepszy, mądrzejszy, bardziej kochający. Że nie będzie głupio psuł życia rodzinie.

Ona organizuje podróż. I zwierza się: „Nigdy nie byłam tak Twoja jak w ciągu tych dwóch lat. Nie opuściłeś mnie ani na chwilę. Ciągnąłeś ze mną byki przy wokołuszy, a kiedy wydawało mi się, że padam – wołałeś mnie Ty i Andrzej, że jestem Wam potrzebna”.

Spotkanie w Ałma Acie. „Penelopa z małym Telemachem zawędrowała do Odyseusza” – napisał Tadeusz Nyczyk, krytyk literacki, w recenzji z „Wszystkiego, co najważniejsze”.

Ola zamiast 40-letniego męża widzi starca. Na piersiach, pod rozpiętą koszulą, duży czarny krzyż. Aleksander widzi wynędzniałą kobietę w szmatach, która z worka wyciąga chleb w kształcie litery A i W. Jak Aleksander Wat. Dowód, co jest dla niej najważniejsze.

Rząd londyński zrywa kontakty z Sowietami. Likwidują delegaturę polską w Ałma Acie. Watowie wyjeżdżają do Ilii, tam Aleksander rozchorowuje się na tyfus.

Marzec ’43. Ledwo dochodzi do siebie, a Sowieci żądają od Polaków, by przyjęli radzieckie paszporty. Wat mówi: – Nie ma mowy. Buntuje resztę rodaków w Ilii. Aresztowania, w więzieniach – bicie, groźby, szantaże. Skatowani ludzie biorą paszporty. Z wyjątkiem Wata.

Już na wolności – Watowie nigdy nie zrozumieją, dlaczego Rosjanie uwolnili Aleksandra – Ola usłyszy: – Nie namawiając mnie do niczego, zostawiając mi wolność wyboru, dałaś mi największy dowód miłości.

Wat mówi to, patrząc żonie w oczy. Ogolona głowa, gorejące oczy. Tak wygląda wolny człowiek – myśli Ola.

Z czaszek przyjaciół kapie narkotyk, Sławy, szaleństwa, strachu i zdrad

Do Polski wracają w kwietniu 1946 roku. Dom, w którym żyli przed wojną, bomba trafiła w miejscu, gdzie było ich mieszkanie. Nie żyje matka ani ojciec, ani siostra Oli – zginęli w Treblince. Świat zniknął. „Jak dwie połówki rozłupanego orzecha, już się to dawne i nadchodzące teraz nowe życie nigdy nie scalą”.

Nowe kusi. A to propozycją pracy na stanowisku redaktora w PIW, a to wygodnym mieszkaniem i wakacjami w domu dla twórców w Oborach. „Ale gdy otwierały się przede mną drogi kariery, wygodnego i błyszczącego życia, to ona pilnowała, bym nie uległ pokusie konformizmu” – notował Aleksander.

Na widok Oli znajomi odwracają się na ulicy, bo każdemu opowiada, co przeżyli w sowieckiej Rosji. Gdy umiera Stalin i Tadeusz Breza pisze na jego cześć tren „Ten, który nauczył nas hartu”, dzwoni do pisarza i wybucha do słuchawki: – Wróciłam stamtąd bardzo zahartowana!

Aleksander broni Zofii Nałkowskiej przed wielbicielami marksizmu, którzy krytykują jej „Węzły życia”. W artykułach i referatach zwraca uwagę na schematyzm nowej literatury i powtarza jak mantrę, że realizm to nie wszystko. Koledzy zaczynają go unikać – jest zbyt szczery, niebezpieczny.

Zimą 1953 roku na jednym z zebrań literatów po wystąpieniu Wata wstaje Jerzy Putrament. Mówi: – Kogda miedwied worczit, dasz jemu dubinoj po gołowie i togda on mołczit (czyli: Kiedy niedźwiedź ryczy, daj mu lagą po łbie, żeby zamilkł).

Ktoś dorzuca, że wszyscy są już z nami, został tylko jeden wróg – Aleksander Wat. Przyjaciele Wata udają, że nie słyszą.

– Wyprawiono mi pogrzeb pierwsza klasa – mówi Ol w domu do żony. Traci posadę w PIW, musi utrzymać się z tłumaczeń.

Szum w uszach, ból przewierca czaszkę. Udar. Wat ląduje w szpitalu. Gdy 5 marca Ola przychodzi go odwiedzić, pokój Aleksandra jest pusty, przybrany kirem. Ola przerażona biegnie do pielęgniarki: – Nic pani nie wie? Umarł nasz wielki Stalin. W pokoju pani męża urządziliśmy kapliczkę żałobną.

„Nareszcie” – zanotował Aleksander w kalendarzu. A potem przerażony wyrwał kartkę. Na emigracji opowie Miłoszowi, że już we Lwowie w 1940. miał koszmary, że w tekstach redagowanych do „Czerwonego Sztandaru” przepuścił „Sralin” zamiast „Stalin”.

Po udarze zostaje zakrzep wielkości łebka od szpilki w małym móżdżku. Skutek: zapalenie nerwu trójdzielnego twarzy, zespół Wallenberga, zespół Babińskiego–Nageotte’a. Wszystkie skutkują niewyobrażalnym cierpieniem. Takim, po którym – jak ujął to jeden z lekarzy – wychodzi się przez okno.

Jakby mnie przypiekano rozpalonym żelazem, wyrywano obcęgami mięsień policzka. Oko, jakby pocierano mi je szarym mydłem, stopę posiekano i kazano chodzić po rozpalonych żużlach – tak Aleksander opisywał ból lekarzom.

W Nieborowie chodzi po parku w poszukiwaniu drzew wiśni. Ktoś mu powiedział, że żywica z nich łagodzi bóle twarzy.

Neurolog w Sztokholmie obiecuje: – Jeśli wytrzyma pan siedem lat, bóle miną.

Wytrzymał 17. Nie minęły.

Sól czasu sypał w otwartą ranę, Apostoł wszystkich wiar świata – Ból

Dom opleciony bluszczem. Palmy, cyprysy. Cisza. Mentona niedaleko Nicei. Watowie przyjeżdżają tu zimą, bo Aleksander źle znosi polski mróz. Płaci jego siostrzenica.

Gdy w 1959 roku dostaje stypendium Forda, wiedzą, że to ostatnia szansa ucieczki przed szaleństwem komunizmu. Zostają we Francji, już na zawsze, i na początek zamieszkują w Maisons-Laffitte, u Giedroycia.

Aleksander dostaje pracę we włoskim wydawnictwie. Namówiony przez znajomą jedzie do padre Pio, który w rękawicach kryjących krwawiące stygmaty odprawia msze i – ponoć – czyni cuda. A udręczony Aleksander pragnie cudu.

Ola jest wstrząśnięta. – Wszystko mnie od tej wiary odrzucało, nie wierzyłam i strasznie współcierpiałam z Aleksandrem, że on doszedł w swoim bólu, aby chcieć w to wierzyć – wspominała.

Padre Pio w jej pamięci przetrwał tak: „prymitywny, brutalny, a w jego uśmiechu było coś chytrego”. Gdy podczas spowiedzi na pytanie Pio, kiedy spowiadał się po raz ostatni, Aleksander odpowiedział „nigdy”, padre – jak wspominał Wat – odepchnął go od konfesjonału z krzykiem. „Czułem się odtrącony przez Boga”.

Ola: – Czekałam na Aleksandra w pokoju hotelowym. Przyszedł jakiś słaby, zrezygnowany, zobojętniały, zmartwiały. Położył się na łóżku i tak trwał w milczeniu.

Opowiedział, co się stało. Wybiegła na ulicę, wyzywając Boga: – Jeśli istniejesz, niech piorun we mnie strzeli.

We „Wszystkim, co najważniejsze” opowiada, jak usłyszała huk i poczuła zapach spalenizny, tak intensywny, żeby nie miała żadnych wątpliwości, że stało się to, czego żądała.

Woń cytrusowa słońc Kalifornii, W drgających iskrach paryska noc

Aleksander dostaje stypendium w Berkeley. Z trudem czyta, z trudem pisze. Nie chce brać morfiny, mówi, że zeszmaca człowieka.

Watowa zarzuca ramiona na szyję Miłosza i błaga: – Niech pan z nim rozmawia. Inaczej umrze.

I rozmawiają: o futurystach, zsyłce, więzieniu, o zarażonych komunizmem. Taśmy magnetofonowe zapełniają się dźwiękami. – Gdyby opowiadał nudno, na pewno bym się nie poświęcał – mówił Miłosz. Tym bardziej że żona Miłosza Janka jest niezadowolona, że mąż poświęca się czemuś tak nieproduktywnemu.

Wat chce dać świadectwo. Miłosz: – Uważał, że ludzie na Zachodzie nie rozumieją, czym jest komunizm. Żył pragnieniem, by ludzi przed nimi ostrzec, jak Orwell. Zżerało go poczucie, że wodził ludzi na pokuszenie.

Rozmowami z Miłoszem Wat zrobił furorę po swojej śmierci. Ola je wiernie spisała. Z lektury „Mojego wieku” wynika, że uczestniczyła we wszystkich spotkaniach męża z poetą. Co chwila na łamach książki pojawiają się zwroty: „Pamiętasz, Olu?”, „Jak to było, Olu?”.

„Mój wiek” to fundamentalne dzieło o tym, czym jest komunizm.

Śni się wielki Sen o Kamieniu, I zrywa ze snu prawdziwy Ból

Gdy lek przynosi ulgę, Aleksander wraca do życia. Planuje nowe książki, wykłady. Chce dobrze jeść, spotykać się z ludźmi.

Ale ona wie, że ból za chwilę wróci. Aleksander wybucha: – Nie potrafisz cieszyć się ze mną. Przez ciebie moje bóle wracają.

Po latach Ola napisze: „Były to chwile, kiedy przestawałam wychodzić na scenę przybrana w uśmiechy i w kłamliwe nadzieje. Było mu lżej i lepiej, i łatwiej znosić, kiedy mnie widział ubraną, »zrobioną«, uśmiechniętą, broń Boże na czarno, na kolorowo – i jak dawniej – beztroską. I tak każdego dnia nakręcałam dla niego sprężynę, aby wszystko było tak jakby nigdy nic”.

Aleksander 40 lat po ślubie pisał: „Jakże często bywałem niesprawiedliwy. Podrażnienie jest składnikiem mojej choroby, raniący, okrutny, gdy doprowadzałem ją do kresu wytrzymałości, bo wymagałem, aby nieodmiennie była dzielna i nieskończenie cierpliwa, optymistyczna i zdrowa, i bez przerwy czuła dla mnie i wyrozumiała. Nie zasłużyłem sobie i nie zasługuję na nią”.

W styczniu 1967 roku w Palma de Mallorca, gdzie spędzają wakacje, pisze o niej wiersz „Poślubiona”.

„Niech nie odkrywa Jej okiem

Póki nie przemył go w świetle

Ranka, (…)

Niech nie kładzie na niej ręki,

Póki nie zmył z niej gwałtów. Krwi.

Przelanej. Przyjętej. I nie wytrawił

Czułością, dobrymi uczynkami, (…)

Niech nie zbliża do niej ust,

Póki nie spłukał kłamstwa,

Póki nie pił z wody źródła żywej,

Póki nie wypalił w ogniu żywym,

Póki nie uświęcił w Tabernakulum

Łaski i słodyczy”.

Ona mówi: – Będę się wstydziła. Nie zasłużyłam sobie.

On napisze w ostatnim liście do syna, żeby przekonał matkę, że warto opublikować „Poślubioną”.

Moi umarli milczą pokornie, Na ziemi tarcza moja – mój koc

Z Berkeley wracają do Paryża. Aleksander już się nie buntuje, gdy Ola robi mu zastrzyki z morfiny.

Rano stawia pasjanse. Gdy wychodzą, znaczy, że umysł pracuje. Można czytać. Ona przynosi mu gazety w różnych językach, „jakby oczekując, że te lektury na chwilę uciszą ból”.

Coraz częściej milczy, jakby nieobecny, zapada się w fotelu. Gdy Ola się krząta, czuje na sobie jego wzrok. Ale gdy zagaduje, on pisze na kartce: „Nie mogę rozmawiać”.

Milczą całymi dniami, jakby czekając na to, co nieuniknione.

Po śmierci Aleksandra Ola odkrywa, że z trudem szepcząc, nagrywał na magnetofon wiersze. W tle słychać kanarka Maciusia.

Ola: – Człowiek czuje się tak straszliwie samotny w cierpieniu, nawet kiedy ma przy sobie kogoś bliskiego i kochanego.

Zmęczony Piorun – wzrok Parsifala, Światło gasnące z dwóch białych kul

Kilka miesięcy po śmierci męża pisze do Miłosza: „Ciągle się łapię na tym, że jestem sama, jak w tej chwili, ni to jęczę, ni to skomlę, jak ciężko zranione zwierzę. Gdybym miała bodaj to pocieszenie, że byłam taką, jaką powinnam była być, że byłam zawsze Jego pocieszeniem. Ale nie. Nie mam tego pocieszenia.

Nie mogę mieszkać w tym mieszkaniu, gdzie żył Aleksander i gdzie tak strasznie pusto i nie ma już żadnej nadziei. Zwiozłam tu wszystkie papiery, zeszyty, notesy, wszystko zapisane drobnym maczkiem, w pośpiechu, w bólu. Rozpaczliwie staram się to odczytać i wszystko, wszystko, najbardziej oderwane tematy, wydają się uderzać przeciwko mnie, bo zawsze jest w nich jego cierpienie i samotność w cierpieniu.

Mówię do niego w dzień i w nocy, mówię mu o mojej miłości i proszę, by mi wybaczył.

Bo jestem przecież tylko zwykłym człowiekiem i często brakło mi sił, żeby z nim ten krzyż ciężki dźwigać. Czy on mnie słyszy – Czesławie?”.

Żeby słyszeć męża, puszcza taśmy magnetofonowe z nagranymi rozmowami Aleksandra z Miłoszem. Spisuje je. Mozolnie, po nocach odcyfrowuje zapiski męża. Martwi się, że prosił przecież, by je zniszczyła, ale przecież nie można! Przygotowuje więc do druku kolejne tomiki. Żebrze o pieniądze na ich wydanie.

Gorczyńska: „To był nadrzędny cel jej życia. Wyczuwałam w tym akt ekspiacji, bo samobójcza śmierć najbliższego człowieka, nawet jako forma eutanazji, pozostawia brzemię winy. Ale dyktowała jej to przede wszystkim niekwestionowana wiara w jego wielkość”.

Gdy oddaje archiwum Wata kuratorowi biblioteki przy Yale University, trzęsą jej się ręce. Odmawia, gdy – zgodnie z umową – ma oddać portret męża pędzla Józefa Czapskiego. Dośle później. Czyli trafi do Yale po jej śmierci.

„Pozazdrościć Oli Watowej, że wiedziała, co jest w życiu najważniejsze” – napisała Hanna Baltyn, teatrolog i krytyk literacki.

Ogląda owal Świętego Graala – I Ból zamienia się w Moc

Lata 80., w paryskim szpitalu Ola Watowa rozmawia z Renatą Gorczyńską.

Wat nie żyje od kilkunastu lat, Ola jest po osiemdziesiątce, wie, że powoli odchodzi.

W snach przychodzi po nią Śmierć – mężczyzna w garniturze Ola, tym samym, który ciągle wisi w szafie. Zwierza się Gorczyńskiej, że czasem czuje na swojej piersi lekkie dotknięcie: – Jego palce są nadal takie same, jak były kiedyś – zaborcze i chwytne jak u dziecka. Budzą pragnienie i lęk, jak po raz pierwszy.

Przyjdzie po nią 9 lutego 1991 roku.

Korzystałam z: Anna Bikont, Joanna Szczęsna, „Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu”, Prószyński 2006; Czesław Miłosz, Ola Watowa, „Listy o tym, co najważniejsze”, „Zeszyty Literackie”, Warszawa 2009; Aleksander Wat, „Mój wiek”, Czytelnik 1998; Renata Gorczyńska, „Jestem z Wilna i inne adresy”, Wydawnictwo Krakowskie 2003; Ola Watowa, „Wszystko, co najważniejsze”, Agora 2011

Śródtytuły pochodzą z piosenki Jacka Kaczmarskiego „Aleksander Wat”

Aleksandra Klich


https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,152731,25697623,ola-i-aleksander-watowie-o-niej-mowili-najpiekniejsze-dziewcze.html

 

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: